Zobacz
Do góry

Andrejczyk: Wszystko ma swój czas…

Maria Andrejczyk, oszczepniczka spod Sejn, kłopoty zdrowotne ma za sobą, przystępuje więc do treningów z nadzieją na osiąganie dalekich odległości.

Na igrzyska olimpijskie do Rio de Janeiro jechała niemal jako anonimowa lekkoatletka, nikt więc nie zawracał sobie głowy jej występem. Tymczasem urodziwa, młoda kobieta, pochodząca z małej miejscowości Kukle pod Sejnami, 16 sierpnia 2016 roku zadziwiła sportowy świat. Cisnęła oszczepem w eliminacjach na odległość 67,11 m, nie tylko ustanawiając rewelacyjny rekord Polski, ale w jednej chwili stając się jedną z faworytek konkursu olimpijskiego. Dwa dni później już nie było tak wspaniale. Co prawda w piątej próbie oszczep poszybował na odległość 64,78 co pozwoliło zająć miejsce na najniższym stopniu podium, ale radość była krótka. Polkę wyprzedziła o 2 cm (!) mistrzyni świata, Czeszka Barbora Spotakova. Kolejność już się nie zmieniła… Radość mieszała się ze złością, niemniej i tak polska zawodniczka stała się światową sensacją. Nikomu nie przyszło wcześniej do głowy, że Maria Andrejczyk będzie tak dzielnie rywalizowała z bardziej utytułowanymi rywalkami. W jednej chwili znalazła się w centrum zainteresowania. Wydawało się wówczas, że sportowy świat się przed nią otworzył, a droga do medali i sławy bardzo się skróciła…

Szybkie postępy

Chyba już mało kto pamięta, że Majka, jako uczennica szkoły podstawowej w Sejnach, zaczęła swoją sportową przygodę od sprintu, a jako 9-latka przebiegła 100 m w 13,90 sek. Później był krótki flirt z siatkówką, ale gdy trafiła pod opiekę nauczyciela i trenera Karola Sikorskiego, już nieodwołalnie została przypisana do oszczepu. Konkurencji piekielnie trudnej technicznie, wymagającej sprawności ruchowej oraz… kontuzjogennej.

Nasza bohaterka czyniła stałe postępy i dość szybko awansowała do czołówki krajowej w swojej kategorii wiekowej. Startowała bez większego powodzenia w mistrzostwa Europy juniorów młodszych w 2013 r. w Doniecku – 48,14 m. Ale już rok później w mistrzostwach świata w Eugene w tej kategorii wiekowej była już piąta – 53,66. Kiedy w 2015 r. w Eskilstunie sięgnęła po mistrzostwo Europy juniorów (59,73), jej przygoda sportowa nabrała przyspieszenia.

– Po tym sukcesie ówczesny szef szkolenia Henryk Olszewski (dziś prezes Polskiego Związku Lekkiej Atletyki – przyp. red.) zaproponował, by Majka wzięła udział w mistrzostwach świata seniorek w Pekinie – wspomina trener Sikorski. – Budowaliśmy wtedy formę z myślą o starcie w juniorach, ale gdy pojawiła się szansa na rywalizację z seniorkami, trzeba było zmienić plany. Wystartowała w Pekinie, ale jednocześnie zapłaciła tam frycowe; rzuty pod 57 m nikogo nie mogły zadowolić. To jednak pozwoliło zacząć myśleć o starcie olimpijskim. Wraz z treningami zaczęły się pojawiać również urazy. Uskarżała się zwłaszcza na łokieć. Ale kiedy nie mogła rzucać prawą ręką, robiła to lewą, po to, by cały czas być w treningu. Pojawiły się również bóle w kolanach, co z kolei wiązało się z jej budową ciała oraz przeciążeniami.

Bez presji

Maria formę na igrzyska w Rio budowała w ciszy i spokoju. W centrum zainteresowania były sławniejsze koleżanki czy bardziej medialni koledzy. Ale po wyczynach w Brazylii to ona została okrzyknięta sportowym odkryciem roku.

– Występ w Rio był wielkim przeżyciem i jednocześnie sukcesem, a wziął się m.in. z tego, że nie było żadnej presji – tłumaczy szkoleniowiec. – Wiedzieliśmy, że wykonaliśmy ogrom pracy, więc podczas konkursów pozostawało jej robić swoje. Na pobicie tam rekordu kraju złożyło się wiele dodatkowych czynników, m.in. powietrze czy balistyka. Majka trafiła idealnie… Bezpośrednio po finale była rozczarowana i wściekła, bo przecież tak niewiele brakowało. I właśnie wtedy pojawiły się bóle w barku. Niby niezbyt doskwierające, lecz jednak niepokojące. Ale otrzymała zaproszenie do startu w Diamentowej Lidze w Lozannie i trudno było z niego zrezygnować, bo przecież był to bilet wstępu na światowe salony. Pojechała, tyle że oblepiona plastrami, w związku z czym trudno było się spodziewać oszałamiających wyników. Skończyło się na 53,49, o czym lepiej było szybko zapomnieć. A potem nastąpił ciąg mało przyjemnych zdarzeń.

Konieczna operacja

Jedna z bohaterek olimpijskiego sezonu zaczęła jesienią biegać po lekarzach z nadzieją na właściwą diagnozę. Ostateczna brzmiała: uszkodzenie obrąbka stawowego z jednej oraz drugiej strony barku. To właśnie wywoływało bóle. Początkowo zalecono leczenie zachowawcze, a rehabilitacja miała sprawić, że wszystko szybko wróci do normy. Urazu, jak twierdzą, nabawiła się podczas gry w siatkówkę.

– W grudniu zdecydowaliśmy się na wizytę w klinice Reha w Poznaniu – wspomina trener Sikorski. – Po szczegółowych badaniach jeden z najlepszych fachowców od barków, profesor Przemysław Lubiatowski, stwierdził, że konieczna jest operacja, a później mozolna rehabilitacja.

Oszczepniczka swoim występem w IO zapewniła sobie stabilizację życiową – otrzymywała stypendium i nie musiała się martwić o codzienny byt. Wspólnie z trenerem uradzili, że nie ma powodu, by spieszyć się z powrotem na rzutnię. Wszystko swój czas… – jak w piosence.

– Skoro nie było przygotowań zimowych, to trudno planować starty w lecie – mocno akcentuje opiekun sportsmenki. – Potrzeba czasu, cierpliwości. I chodzi nie tylko o odpowiednie przygotowanie fizyczne, ale i psychiczne.

Współpraca z psychologiem

Maria nawiązała współpracę z psychologiem profesorem Janem Blecharzem, z którego porad korzysta wielu lekkoatletów, zarówno pań, jak i panów.

Wiele sobie obiecywała po starcie w tegorocznych mistrzostwach Polski w Lublinie, ale okazało się, że ten występ był zupełnie nieudany – piąta lokata i zaledwie 50,76. Zawodniczka, zawsze uśmiechnięta i skora do rozmów, po tym występie zupełnie nie była sobą. Zdawkowo tylko powiedziała, że idzie trenować, po czym szybko zniknęła ze stadionu. I choć z góry założyła, że nie jedzie na mistrzostwa Europy do Berlina, to jednak występ w MP musiał ją zaboleć.

Miesiąc po mistrzostwach krajowych wzięła udział w Memoriale im. Kamili Skolimowskiej, na którym zaliczyła 53,59 m. I ten właśnie wynik to iskierka nadziei na lepsze jutro – tak wówczas skomentowała swój występ.

Sezon powrotu

– Psychika, pozbycie się bojaźni i odpowiednie obciążenia barku – to jest w tej chwili najważniejsze – mocno akcentuje Sikorski. – Mimo wszystkich przeciwności losu, jakie nas spotkały, z optymizmem wchodzimy w przygotowania do sezonu 2019. Chcemy odbudować formę. To wszystko nie jest proste, ale możliwe.

Trener już wszystko zaplanował i już na początku listopada rekordzistka kraju wraz z kilkoma młodszymi koleżankami pojawi się na pierwszym zgrupowaniu w Szczyrku, a potem będą kolejne w Cetniewie oraz Spale. Oczywiście, nie zabraknie również wyjazdów klimatycznych w ciepłe miejsca w większej grupie, bo takie są nowe trendy w związkowej centrali.

– Jak najszybciej zapomnieć o tym, co było – to nasze hasło wywoławcze, które nam towarzyszy już od pewnego czasu – tłumaczy szkoleniowiec. – Wiem, ważny jest dla nas ten następny rok, nie mówiąc już o kolejnym, olimpijskim. Któż by nie chciał startować w najważniejszej imprezie dla każdego sportowca?

Przyszłoroczne mistrzostwa świata w Dausze to spore wyzwanie dla wszystkich, bo przecież odbędą się na przełomie września i października.

– Będziemy tak sterowali treningiem, by dyspozycja z tygodnia na tydzień była lepsza – wyjawia trener. – W Dausze będą wręcz ekstremalne warunki, bo rozgrzewka będzie prowadzona w wysokiej temperaturze, zaś rywalizacja będzie toczyła w klimatyzowanym stadionie. Jak to wszystko pogodzić? Podczas niedawnej konferencji trenerów w Spale toczyła się ożywiona dyskusja w tej sprawie i pomysłów jest kilka. Co do prognoz wynikowych jestem niezwykle ostrożny, ale byłbym szczęśliwy, gdyby oszczep Majki szybował w granicach 60 m.

Wydaje się, że sympatyczna oszczepniczka spod Sejn, kłopoty zdrowotne ma za sobą i do zajęć przystępuje z nadzieją na osiąganie dalekich odległości. Maria Andrejczyk ma znów zadziwić nie tyko swoje rywalki, ale również sportowy świat.

Na zdjęciu: Maria Andrejczyk walczy o powrót do dalekiego rzucania.

Komentarze

Więcej w lekkoatletyka