Zobacz
Do góry

Ciągle nienasycony i wciąż chce wygrywać

Adam Bagiński – gdańszczanin z urodzenia, ale tyszanin z wyboru liczy na kolejne sukcesy ze swoim klubem.

Kiedy w 2003 r. pojawił się w majowy poranek przed halą lodową w Tychach nie przypuszczał, że z drużyną z tego miasta będzie związany na dobre i złe przez 15 lat. Niedawno miejscowy GKS zdobył trzeci tytuł mistrzowski, jakby klamrą spinając dotychczasowe osiągnięcia sportowe. – Ciągle jestem nienasycony, podobnie jak moi koledzy. Przed nami kolejne wyzwania: występy w Lidze Mistrzów oraz obrona złotego medalu – przekonuje jeden z najbardziej doświadczonych zawodników tyskiego klubu, Adam Bagiński. Przyjechał na Śląsk niby na krótko, a już spędził w Tychach bez mała połowę życia, a kto wie czy nie zwiąże się z tym miastem na stałe.

Nie było wyboru

Tata Sylwester, obrońca Stoczniowca Gdańsk, doradzał Adamowi, by zajął się na poważnie piłką nożną. Syn nie stronił od kopania z kolegami z podwórka i nawet uczestniczyli w turniejach „dzikich” drużyn. Jednak hokej uwielbiał i… pokochał go od pierwszego wejrzenia. Trenował w każdej wolnej chwili, a po swoim juniorskim treningu zostawał jeszcze na zajęcia z odlbojami. Już jako 17-latek walczył o miejsce w pierwszej drużynie z Gdańska. Żółtodzioby raz wyjeżdżali na lód, innym razem musieli swoje ambicje zaspakajać w zespole juniorów.

– Byliśmy młodzi, ambitni, mieliśmy pasję, ale graliśmy za darmo. Ówczesny prezes Stoczniowca Marek Kostecki podejmował decyzje, które często były dla nas nie do przyjęcia. Nie chcieliśmy być „niewolnikami” i mimo, że mieliśmy niezłą drużynę, to zaczęliśmy szukać dla siebie nowych miejsc – wspomina popularny „Bagiś”.

Świadomy wybór

Wiktor Pysz, ówczesny selekcjoner reprezentacji, szybko dostrzegł walecznego skrzydłowego z Gdańska i powołał go na turniej EIHC w Danii. Debiut wypadł całkiem nieźle, ale na mistrzostwa elity w 2002 r. (ostatnie z udziałem biało-czerwonych) nie miał szans.

– Uznałem, że zmiana klubu może mi tylko wyjść na dobre. Do końca życia nie zapomnę tej chwili, gdy siedzę przed halą na hokejowej torbie, a w niej mam cały dobytek: oprócz sprzętu sportowego poduszkę, pościel i inne osobiste rzeczy. Prezes Andrzej Skowroński zapytał mnie czy chcę grać w Tychach, a gdy przytaknąłem powiedział: nasza w tym głowa byś mógł występować. Nie zgłosiłem się na treningi w Gdańsku i oczywiście zostałem zawieszony jako zawodnik. Prezes Skowroński tuż przed inauguracyjnym meczem w lidze ze Stoczniowcem w Gdańsku doszedł jednak do porozumienia z Kosteckim. Zostałem wypożyczony do Tychów i wszystkie formalności zostały załatwione tuż przed ligową premierą. Wygraliśmy 2:1…

Odrzucona oferta

Za chwilę minie 15 lat gdy gdańszczanin został tyszaninem. Z wielkim sentymentem jeździ do swojego rodzinnego miasta, ale też z radością wraca do Tychów. – Nie zawsze bywało tak różowo i stabilnie jak w tej chwili. Pożyczaliśmy sobie kije podczas meczu, jak również i pieniądze. A gdy raz zaległości płacowe wynosiły 4 miesiące, w zespole mocno iskrzyło. Już po latach dochodzę do wniosku, że najważniejsza jest cierpliwość oraz wzajemne zaufanie. Miałem okazję na swojej drodze spotkać takich ludzi, których darzyłem i nadal darzę zaufaniem. Do tej pory mam z nimi doskonałe relacje – wyjawia tyski napastnik.

Po dwóch sezonach gry w Tychach Bagiński otrzymał propozycję z Krakowa. Oferta była dość intratna i trzeba było podjąć kolejną życiową decyzję. – Bałem się tej zmiany, choć kontrakt był kuszący. Zacząłem rozważać „za i przeciw”. Odbyłem rozmowę z prezesem Skowrońskim i to ona miała wpływ na moją decyzję, bo końcu zrezygnowałem z przenosin. Potem dowiedziałem się, że Stoczniowiec wypożyczył mnie po raz kolejny do GKS-u Tychy i w tej sytuacji o żadnej Cracovii nie mogło być mowy – śmieje się nasz bohater.

Wspólny mianownik

Trzy mistrzowskie tytuły tyszan według Bagińskiego mają jeden wspólny mianownik: niezaspokojona ambicja zawodników. W 2005 r. zespół był niezły m.in. z Parzyszkiem, Gonerą, Belicą, Baculem, ale nie sądzono, że na tyle mocny, by przełamać hegemonię Unii Oświęcim. – Wbrew pozorom ławkę mieliśmy krótką, ale byliśmy wówczas tak nakręceni, że chcieliśmy roznieść rywali. Gdy wygraliśmy w Oświęcimiu, a później dwa razy u siebie (taki był wówczas regulamin – przyp.red.), wiedzieliśmy, że tej szansy nie wypuścimy z rąk. I tak też się stało. Jednak każdy tytuł smakował inaczej.

Tyscy hokeiści mogli się nabawić kompleksów skoro na kolejne złoto czekali aż 10 lat. – Na szczęście te niepowodzenia nas nie wytrąciły z równowagi, a i działacze nie stracili cierpliwości. Kibice i Tychy zasługują na mistrzostwo, bo tutaj jest niepowtarzalna atmosfera. Półfinał z Sanokiem, był najgorszy jaki mogliśmy sobie wyobrazić, bo przecież z tym zespołem nigdy sobie nie radziliśmy. Wtedy nie wygraliśmy z nimi żadnego meczu w sezonie, ale pokonaliśmy ich w Pucharze Polski i, jak się potem okazało, był to przełomowy moment. W finałowej rywalizacji wygraliśmy z Jastrzębiem 4-2, które miało w składzie Leszka Laszkiewicza. Gdy grał w Cracovii, kilka razy w finale z nas zakpił. Bałem się, że teraz znów nam namiesza, ale w końcu zrewanżowaliśmy się – wspomina „Bagiś”.

Depresja

Życie hokeisty nie jest łatwe. W Tychach wszyscy wychodzą z założenia, że liczy się tylko złoto, zaś pozostałe miejsca na podium są porażką. – Gdy prowadzi się 3-1 i przegrywa się złoto golem w dogrywce oraz całą rywalizację 3-4, można wpaść w depresję – komentuje nieudany sezon 2016/17 Bagiński. – Miałem złamaną nogę i starałem się wspierać kolegów, stojąc obok boksu. Trener Jirzi Szejba ”wbił mi nóż prosto w serce”, bo kazał mi iść na trybuny. Tego mu nie zapomnę do końca życia. Gdy Szinagl zdobył zwycięską bramką i po raz kolejny przegraliśmy, załamałem się (oczywiście, do szatni nikt nie zajrzał, zostaliśmy sami z tą porażką). Nie wychodziłem z domu, kołdrą nakrywałem głowę i rozpamiętywałem to, co się wydarzyło. Potem usłyszałem od kolegów, że mieli podobnie. W takich sytuacjach, po dotkliwych porażkach trudno się pozbierać, ale przed nowym sezonem udało nam się zmobilizować.

Tylko złoto

Przed tym sezonem Andrej Gusow zmienił Jirzego Szejbę na stanowisku trenera i miał „odremontować” mocno poturbowany zespół. – Trener Gusow jest jakby z innej rzeczywistości, porównuję go do byłego selekcjonera reprezentacji, Igora Zacharkina, który potrafił wyprowadzić ją z szamba – mocno akcentuje Bagiński.

Gusow zapowiedział: mnie interesuje tylko złoto, dlatego musicie podjąć tytaniczną pracę. I nie było z nim łatwo. Kiedy podczas zajęć w siłowni ćwiczyłem na granicy możliwości, często przed oczami miałem obraz siebie bezradnie stojącego na trybunach po przegranym finale w 2017 r. Zaciskałem wtedy zęby i zap… ile wlezie. Praca z Gusowem oraz jego sztabem to również analizy meczowe. Seanse wideo były precyzyjnie przygotowane przez specjalny program komputerowy i każdy z nas wiedział, co i kiedy zrobił źle lub dobrze. Bo mecz składa się z detali i Gusow przekazywał nam systematycznie wiedzę taktyczną. Na przykład długo nam nie wychodziła gra w przewadze, aż w końcu były dwie piątki, które w takich sytuacjach w play offie grały więcej niż dobrze. Do tego potrzeba właśnie cierpliwości i nam jej nie zabrakło, za co zostaliśmy nagrodzeni.

Rodzinna atmosfera

Trener Gusow jest wymagający, ale jednocześnie otwarty. Nie wyobraża sobie, by przed zajęciami nie tylko się przywitać, ale również z każdym zawodnikiem zamienić kilka zdań. Natomiast w trenerskim pokoju zawsze znajdzie czas, by wspólnie z zawodnikiem rozwiązać problem zawodowy czy rodzinny. Budowanie atmosfery drużyny jest niesłychanie istotne. Hokeiści wspólnie ze sztabem szkoleniowym tuż przed inauguracją ligi zorganizowali sobie wyjazd na grilla do Wisły. Wszyscy z rodzinami mogli się lepiej poznać

– To była nasza inicjatywa, bo potrzebowaliśmy takiego spotkania. Teraz śmiem twierdzić, że zespół był naprawdę dobrze zintegrowany. Motywowaliśmy się i wspierali wzajemnie. Podejmowaliśmy walkę w każdym meczu, bo od września do kwietnia trzeba było utrzymać równą formę. Nie da się uniknąć wpadek, ale trenerzy ustrzegli nas przed poważnymi załamaniem formy. Oczywiście, że chciałem się zrewanżować Cracovii za wcześniejsze finałowe porażki. Stało się inaczej, bo to ekipa z Katowic ograła krakowian i znalazła się w finale. Tak na marginesie: irytowało mnie gadanie, że przegraliśmy w Katowicach, by tytuł świętować w Tychach. Nic podobnego! Gdy wyjeżdżamy na lód, zawsze myślimy tylko o zwycięstwie. 9 miesięcy czekaliśmy na tytuł – niby krótko, ale dla nas to była wieczność – mocno podkreśla Bagiński.

Przed tyszanami kolejne wyzwania: obrona tytułu mistrzowskiego oraz występy w Lidze Mistrzów. – Każdy z nas chciałby w niej zagrać. Mam nadzieję, że będzie mi to dane – mówi na pożegnanie 3-krotny mistrz z Tychów.

Komentarze

Więcej w hokej