Zobacz
Do góry

Kostrzewa: Nie wskoczę do klatki, żeby się utopić

Rozmowa z Damianem Kostrzewą, już nie piłkarzem ręcznym, jeszcze nie zawodnikiem MMA

Wikipedia w pana wypadku straciła chyba na aktualności…

Damian KOSTRZEWA: – Nie zarządzam tym, nie wiem, kto się tym zajmuje (śmiech). Faktycznie, nie jestem już piłkarzem ręcznym, ta informacja zostanie pewnie wkrótce zaktualizowana. Ale też nie można już napisać, że jestem zawodnikiem MMA (mieszanych sztuk walki – przyp. red.), bo żadnej walki w klatce jeszcze nie stoczyłem.

Ale już je trenuje – jak się wiedzie?

Damian KOSTRZEWA: – Trenerzy są zadowoleni. Przez 20 lat od dziecka uprawiałem sport, to duży handicap. Talent ruchowy trzeba teraz przełożyć na nową dyscyplinę – walkę w parterze, boks. Ale podbudowę motoryczną, siłę czy dynamikę już mam.

Zmiana dyscypliny nie była decyzją spontaniczną?

Damian KOSTRZEWA: – Jeszcze jako piłkarz ręczny miałem pierwsze doświadczenia. Ale to było tylko hobby. Na wakacjach czy po operacjach kolana, których miałem aż trzy, lubiłem pójść na salę i potrenować boks. Traktowałem to jako trening uzupełniający. Ale teraz robię to każdego dnia – pięć razy w tygodniu, wkrótce przejdziemy na dwa treningi dziennie – pod boks i K1, czyli kick-boxing oraz zajęcia typowo pod MMA.

Kiedy chciałby pan zadebiutować?

Damian KOSTRZEWA: – Na pewno nie w tym roku. Do pierwszej walki potrzeba około 6-7 miesięcy treningów. Chcemy z trenerami naprawdę dobrze się przygotować. Jestem cierpliwy, życie nauczyło mnie pokory. Wiem, ile pracy trzeba, by przestawić się na nową dyscyplinę. Nie chciałbym się spalić.

Czy przykłady Damiana Janikowskiego, Szymona Kołeckiego, a wcześniej Pawła Nastuli były dla pana jakąś inspiracją?

Damian KOSTRZEWA: – Nie, ale zawsze podaję ich za przykład, gdy ktoś mnie przekonuje, że MMA to walki chuliganów. A to przecież medaliści olimpijscy, sportowcy z krwi i kości, którzy chcieli spróbować jeszcze czegoś innego. I w walce sportowej – nie w bójce. MMA daje im taką szansę. To medialna dyscyplina, inaczej kojarzona już niż jeszcze parę lat temu. Ostatnio czytałem, że nawet Michał Kubiak chciałby spróbować…

Podwójny mistrz świata w siatkówce?!

Damian KOSTRZEWA: – Tak. I podzielam jego pogląd, że pierwszym rywalem nie może być zawodnik uznany i doświadczony w MMA. Fajnie byłoby zmierzyć się z kimś jak ja, kto trafił do MMA z innej dyscypliny lub dziedziny życia i też chce spróbować swoich sił w klatce.

Nie przeraża pana, że może dostać w nos i po głowie?

Damian KOSTRZEWA: – Ha ha, nie! Ja już trochę sparingów miałem w swoim życiu. Nie skoczę od razu na głęboką wodę, żeby się utopić, ale po to, żeby ludzie zobaczyli, że faktycznie jakieś pojęcie o tym mam.

Ma pan idola w sztukach walki?

Damian KOSTRZEWA: – Tak, nazywa się Mirko „Cro Cop” Filipović. To były chorwacki antyterrorysta. Też miał kilka poważnych kontuzji, ale nie poddawał się i wracał. Dziś ma ponad 40 lat, ale wciąż walczy. Gdy grałem w Vive, Mirza Dżomba (znakomity chorwacki skrzydłowy – przyp. red.) spełnił moje marzenie – przywiózł mi dwie jego koszulki oraz rękawicę treningową. Nie poznaliśmy się z Filipoviciem, ale mam nadzieję, że jeszcze kiedyś okazja się nadarzy.

Piłkarzem już pan nie jest, walczyć jeszcze nie może – z czego więc pan żyje?

Damian KOSTRZEWA: – Jestem w komfortowej sytuacji, bo nie muszę martwić się o jutro i na siłę szukać pracy. Mam umowę ze swoją grupą (Brzostek Top Team – przyp. red.) i trochę oszczędności…

To na grze w polskiej lidze piłki ręcznej można odłożyć?

Damian KOSTRZEWA: – Oczywiście! Jak ktoś sensownie zarządza finansami, to zawsze może oszczędzić. Nie byłem nigdy specjalnie rozrzutny, starałem się myśleć o przyszłości. Mam też pieniądze z innych aktywności, prowadzę taki mniejszy biznes…

Ale nie jest to na przykład… handel narkotykami?

Damian KOSTRZEWA: – Broń Boże! Nic nielegalnego, ale może nie chcę o tym mówić… I od razu sprostuję – nie zmieniłem dyscypliny dla pieniędzy. Chcę spełnić swoje marzenia, bo zawsze miałem ambicję, żeby sprawdzić się także w sporcie indywidualnym.

Skąd to zainteresowanie sztukami walki? Piłka ręczna była z przymusu?

Damian KOSTRZEWA: – Wiadomo, w szkole nie ma treningów pod walki, są gry zespołowe. I tak zostałem piłkarzem ręcznym, nie zastanawiałem się nad tym. Ale zawsze to było moje hobby, a tata zabierał mnie ze sobą do siłowni czy na walki. Teraz nadarzyła się okazja, by zająć się tym zawodowo.

Mówiło się o panu, że jest najbardziej atletycznym skrzydłowym w polskiej lidze…

Damian KOSTRZEWA: – No tak, skrzydłowi to zwykle najdrobniejsi zawodnicy w piłce ręcznej, a ja inaczej – 190 cm i około 95 kilo. Ale nie przeszkadzało mi to w grze i skuteczności – wręcz przeciwnie, pomagało w grze jeden na jeden czy rzucać bramki z rozegrania. To był mój atut. Zawsze lubiłem poprzerzucać ciężary, choć nie byłem szczególnie dużym chłopcem. W pierwszej klasie liceum ważyłem 74 kg i dużo czasu poświęciłem, żeby wypracować obecną sylwetkę i motorykę. Korzystam z tego do dzisiaj i wierzę, że pomoże mi to w nowej karierze.

Uchodził pan przed dekadą za jednego z bardziej obiecujących polskich piłkarzy ręcznych. Dlaczego nie spełnił pan tych oczekiwań?

Damian KOSTRZEWA: – Chyba zabrakło mi menedżera. Nigdy z nikim nie współpracowałem, może to był błąd. Ne ma się co oszukiwać – sport to biznes, menedżer żyje z tego, że sprzedaje zawodników. Koledzy, z którymi grałem, właśnie dzięki takim kontaktom wyjechali do Niemiec czy za granicę. Ale niczego nie żałuję – nikomu niczego nie zawdzięczam, wszystko, co osiągnąłem, wypracowałem sam. W superlidze rzuciłem ponad 1100 bramek ze średnią ponad 5 na mecz w całej karierze. Nie mam się czego wstydzić.

Do nikogo nie ma pan żalu? Bogdan Wenta odstrzelił pana w Kielcach po 4 miesiącach…

Damian KOSTRZEWA: – Do nikogo nie żywię urazy, nie jestem człowiekiem pamiętliwym. Biorę życie, jakim jest, z każdej lekcji staram się wyciągać wnioski. Przychodziłem do Vive ze świadomością, że będę dopiero czwartym lewoskrzydłowym, liczyłem się z dużą konkurencją. Ale najlepszy trening nie da tyle, co mecz, więc poszedłem do Kwidzyna, gdzie mogłem grać i zdobyłem medal. Patrzę tylko w przód, nie do tyłu. Dla mnie najważniejsze, że z parkietu zszedłem o własnych siłach, a nie po kolejnej operacji, teraz czekają mnie nowe wyzwania.

Z Wybrzeżem też rozstał się pan w zgodzie?

Damian KOSTRZEWA: – Oczywiście, po prostu nie spotkaliśmy się po drodze w rozmowach o nowym kontrakcie. Ale rozmawiam z prezesami, kibicuję chłopakom na meczach, a oni wspierają mnie; mamy zdrowy, fajny kontakt.

Co uważa pan za swój największy sukces?

Damian KOSTRZEWA: – To, że potrafiłem się podnieść po trzech poważnych operacjach. Niektórzy mówili, że już nic z tego nie będzie, a ja za każdym razem wracałem, bo zawsze wszystko robię na sto dziesięć procent. A na boisku fajnym wyróżnieniem było, że zagrałem w meczu młodzieżowców Europa – Rumunia w 2008 roku (zdobył 7 goli – przyp. red.) tuż przed mistrzostwami Europy. No i brązowy medal ligi z Kwidzynem, mój jedyny oraz tytuł króla strzelców w 2013 roku.

Gdyby nie te kontuzje, kariera mogła potoczyć się lepiej i trwać dłużej?

Damian KOSTRZEWA: – Pewnie tak. Paradoksalnie wszystkie trzy operacje miałem na prawym kolanie, wcale nie na tym, z którego jako skrzydłowy się odbijałem i na które upadałem. Po pierwszej operacji za szybko wróciłem na parkiet, musiałem poddać się drugiej. Po trzeciej operacji rok temu już się nie spieszyłem, zrobiłem rehabilitację jak należy, nie forsowałem nogi. „Doktor czas” to najlepszy lekarz. Dziś noga jest w stu procentach sprawna.

Kolano jeszcze nadaje się do sportu?

Damian KOSTRZEWA: – Przed zabiegiem lekarz był pełen obaw, ale gdy je otworzył był pozytywnie zaskoczony. Kolano nie było tak wyeksploatowane, jak mogłoby się wydawać, jak na trzy operacje jest w bardzo dobrym stanie. Ono cierpiało z powodu złej biomechaniki, bo niedoleczony staw skokowy sprawiał, że źle układałem nogę i bolało. I jak teraz wszystko już gra na linii kostka – biodro, to z kolanem nie ma problemu.

Co się panu marzy? Główna walka na wielkiej gali?

Damian KOSTRZEWA: – Na razie robię powoli krok po kroku. Jeżeli będę dobry, to pewnie dostanę zaproszenie na fajną galę. Teraz czeka mnie ciężka praca. Potem zobaczymy, jaki będzie mój poziom i z kim będę mógł się zmierzyć.

 

e-wydania „SPORTU” znajdziesz TUTAJ

Komentarze

Więcej w mma

  • Głowa pomaga wygrać. Historia „Kornika”

    Artur "Kornik" Sowiński jako chłopiec chciał mieć boisko. Sprzedawał chrzan, kupił puszkę farby i je wyznaczył. Jako zawodnik chciał zdobyć pas....

    Redakcja15 kwietnia 2018