Zobacz
Do góry

Krótka piłka. Godlewski: Dziwna moda, która punktów nie doda

O tym, że przed sprowadzeniem szkoleniowca zza granicy warto poszukać w kraju, tylko w ostatnim czasie przekonało kilku polskich pracodawców.

W pierwszej kolejności Zbigniew Boniek dając szansę Adamowi Nawałce, pod którego okiem drużyna narodowa osiągnęła – podczas Euro we Francji – najlepszy wynik od 30 lat. Legia też nie musiała żałować wyboru Jacka Magiery, zaś prezes Jagiellonii Cezary Kulesza może bić sobie brawo, że Ireneusza Mamrota wyłowił z pierwszej ligi. Zaś Piotr Stokowiec i Marcin Brosz potrafili znane marki przywracać z zaplecza Lotto Ekstraklasy od razu do krajowej czołówki.

Mimo jednak tych pozytywnych przykładów – oraz wielu negatywnych z drugiej strony, począwszy od Romeo Jozaka i Nenada Bjelicy – moda na poszukiwanie zagranicznych trenerów nie maleje. I to pomimo oczywistego faktu, że angaż obcokrajowca jest droższy, zaś odszkodowanie, które trzeba zapłacić w przypadku zwolnienia przed upływem kontraktu z reguły znacznie wyższe niż w przypadku Polaka. Dlaczego zatem stranierich – nawet bez doświadczenia, nie wspominając o sukcesach – pracodawcy uważają za lepszych kandydatów?

Oto jest właśnie pytanie, na które od dłuższego czasu staram się – bezskutecznie – znaleźć odpowiedź. Perełki, takie jak Stanisław Czerczesow, zdarzają się przecież niezmiernie rzadko, tymczasem ryzyko związane z zatrudnieniem zagranicznego trenera jest znacznie większe. Już choćby tylko z uwagi na fakt, że nie znają naszej ligi, i w ogóle – polskich realiów. W ubiegłym sezonie wiele komplementów w trakcie rozgrywek spłynęło pod adresem Gino Lettieriego, ale czar 52-letniego szkoleniowca prysł po 31. kolejce.

Ligowiec. Waldemar Fornalik to jednak fachura

W rundzie finałowej ESA 37 Korona w sześciu końcowych kolejkach zdobyła tylko punkt. I generalnie na finiszu unikała walki, co w efekcie przełożyło się na zajęcie gorszej lokaty niż sezon wcześniej, gdy złocisto-krwistych prowadził Maciej Bartoszek. Mimo że warunki w klubie – przed zmianą właścicielską – były o wiele gorsze, zaś o podróżach samolotem na wyjazdowe spotkania nikt nawet nie marzył. Na pytanie zatem, czy warto było dokonywać kosztownej zmiany, powinien odpowiedzieć prezes kieleckiego klubu Krzysztof Zając. Bo Adama Mandziary z Lechii Gdańsk już w zasadzie nie ma sensu pytać, skoro zaprzestał nieudanych zagranicznych eksperymentów.

Wiele osób z tak zwanego środowiska uważa Michała Probierza za ekscentryka, ale to właśnie obecny szkoleniowiec Cracovii zaczął publiczną walkę o zrównanie statusu naszych trenerów z przeciętniakami – lub nowicjuszami – zza granicy, którym tak chętnie ufają właściciele klubów. Racjonalnie wskazywał, że ta nierówność szans jest wręcz dyskryminująca dla rodzimych fachowców, ale tymi słowami zamykał sobie drogę do najlepszych klubów. Mimo że kiedyś Jagiellonię zastał drewnianą, a zostawił murowaną i już dawno zasłużył na pracę w Warszawie i/lub Poznaniu.

Teraz, i to pozytywny trend, do Probierza dołączyli inni świadomi swej wartości Polacy. Czy jednak wygrają z modą, i na przykład kandydatura Leszka Ojrzyńskiego będzie kiedyś w ogóle rozważana przez Legię, pewności nie ma żadnej…

Komentarze

Więcej w Ekstraklasa