Zobacz
Do góry

Miga: Starzejąc się z godnością

Jako dziennikarz pracuję przy Wiśle od około 20 lat. To mniej więcej w tym czasie do krakowskiego klubu przyszli Arkadiusz Głowacki i Paweł Brożek.

Widziałem ich pierwsze próby. Paweł szybko dostał szansę od Adama Nawałki, w dniu 18. urodzin strzelił pierwszego gola w ekstraklasie, ale potem upłynęło trochę czasu nim stał się wiślacką strzelbą. Zanim zaczął seryjnie zdobywać bramki, zanim dwukrotnie przywdział koronę króla strzelców, zaliczył wiele spektakularnych pudeł. Ale gdy zaczął strzelać, nie przestał do dziś.

Gdy w 2013 roku wrócił do Wisły, spojrzał na mnie krytycznym okiem. – Stary, zrób coś z tymi siwymi włosami. Mogę polecić ci dobrego fryzjera – mówił. Jego też zdrowo już oprószyło, więc temat naszych siwych włosów wracał dość regularnie. Potem Paweł przestał chyba bawić się w takie ceregiele, jak siwizny, uznał, że czas się do niej przyzwyczaić. – Starzeję się z godnością – argumentował pół-żartem pół-serio.

W trakcie rundy wiosennej wiele osób mogło mieć wątpliwości czy faktycznie tak jest. W rankingu napastników u Joana Carrillo spadł gdzieś w okolice Denisa Bałaniuka. Przez całą rundę zagrał w jednym meczu – zaliczył 10 minut w końcówce meczu z Jagiellonią. Ale w niedzielny wieczór Brożek udowodnił, że wciąż jest w nim ogień. Gol na wagę remisu z Lechem przywraca go do świata żywych i jest dowodem na to, że faktycznie starzeje się z godnością.

To samo można powiedzieć o Arkadiuszu Głowackim. Na początku 2000 roku ten 21-letni młodzian uchodził za spory talent, ale debiut w Wiśle miał słaby. Maczał palce przy golu dla Odry Wodzisław, a potem doznał urazu. I tak to wyglądało przez lata. Kilka dobrych występów, a potem gol samobójczy, czerwona kartka albo kontuzja. Długo obserwowaliśmy jego zmagania z samym sobą. Budził uznanie, bo nigdy nie uciekał od odpowiedzialności, zawsze umiał powiedzieć wprost, że zawalił. Jak w 2004 po meczu z Anglią, gdy posłał piłkę do bramki biało-czerwonych. Co z tej szczerości, skoro drużyna często cierpiała przez jego błędy.

Ale z wiekiem rósł nie tylko fizycznie, ale też mentalnie. Poznał swój organizm, wiedział, jak unikać kontuzji, a piłkarsko był coraz lepszy. Dopiero w tym sezonie, w wieku 39 lat, można było zauważyć, że jego czas dobiega końca. Wcześniej ciągle i ciągle należał do krajowej czołówki. Wobec Wisły – lojalny aż do granic. Nawet wtedy, gdy wreszcie postanowił wyjechać za granicę. Wisła zarobiła na jego transferze do Trabzonsporu około 1,5 miliona euro, a za dwa lata – miała kapitana z powrotem na pokładzie. Dla mnie jego kariera była wielką satysfakcją, bo z bliska widziałem, jak przemienia się w ligowego gladiatora.

Nigdy nie pchał się do pierwszego szeregu, ale gdy Maciej Skorża wybrał go na kapitana, okazało się to strzałem w dziesiątkę. Mistrz ciętej riposty, którą potrafi kreować atmosferę lub – w razie potrzeby – sprowadzić kogoś na ziemię. W polskiej piłce – człowiek instytucja. Wisła chce go zatrzymać w klubie (Brożka też), ale jeszcze nie wiadomo, w jakiej roli. Na szczęście nie trzeba szukać daleko. Sprawdzi się w każdej.

Komentarze

Więcej w Ekstraklasa