Zobacz
Do góry

Mucha nie siada. A mnie marzy się bojkot na Śląskim

Ile powinien kosztować bilet na mecz reprezentacji Polski w piłce kopanej, żeby nie przekroczyć granicy absurdu?

Zadaję sobie to pytanie od czasu, gdy dowiedziałem się, że na towarzyski mecz z Irlandią we Wrocławiu trzeba było zapłacić przynajmniej 70 złotych. Całe siedem dych za potrawę, którą po fakcie trudno nazwać strawną. Efekt? Gołe placki na trybunach. I dobrze.

Ruszyła z kolei sprzedaż wejściówek na mecz z Portugalią 11 października na Stadionie Śląskim w ramach rozgrywek Ligi Narodów, na który trzeba wydać minimum 80 złotych. Te osiem dych to i tak wydatek z góry skazany na czkawkę – każdy, kto zna architekturę trybun „Kotła czarownic” wie, ile za to zobaczy i dlaczego tylko będą to filigranowe piłkarzyki. Sugestia zapakowania lornetki jest tu praktyczna, acz nie spodziewam się wielkiej pociechy, bo ileż można wciskać nos między metal.

Można kupować bilety na Śląski!

Trzeba więc wydać 140 lub 120 złociszy za bilet rodzinny, na który można wejść z potomkiem. I do tego dwie dychy haraczu za obowiązkową przesyłkę – bo w ten sposób PZPN wymyślił sobie sprzedaż. Sporo, prawda? I to wszystko za mecz drużyny, która okryła się blamażem na mistrzostwach świata, choć do Rosji leciała z wielkim apetytem. Smakiem obeszliśmy się wszyscy, ale zgaga pali do dziś.

Dla porównania – za bilet na mecz z Włochami w Bolonii polski kibic musiał zapłacić 65 złotych, a miejscowi mogli zobaczyć go już nawet za 11 euro. Czyli niecałe 50 złotych – w Italii, gdzie realna wartość przeciętnych zarobków jest lekko licząc dwa razy wyższa niż w Polsce.

Po cichu tliła się więc we mnie nadzieja, że Polski Związek Piłki Nożnej pójdzie po rozum do głowy, zarząd puknie się w swoje mądre czoła i wyjdzie do kibiców z szerokim gestem przepraszającym – za wielkie wsparcie w czerwcu, a potem za tak nieadekwatny rewanż. Jasne, to tylko sport, mogli przegrać, to przegrali, ale PZPN swoje zarobił, i to wcale niemało, ładnych kilkanaście milionów dolarów. I wciąż – jak widać – jest pazerny, nawet na drenaż kieszeni polskiego kibica.

Nie, nie liczyłem wcale na darmówki, na co zdobyli się choćby organizatorzy lekkoatletycznego Memoriału Kamili Skolimowskiej ledwie dzień po tym, gdy bojkot zawodów ogłosiła ich ambasadorka, Anita Włodarczyk. Ale na meczu raczkujących ledwie rozgrywek spodziewałem się na Śląskim ceny symbolicznej, na poziomie 20-30 złotych, tym bardziej, że będziemy mieli dwupak – czyli w odstępie trzech dni dwa mecze, bo przecież trzy dni później przyjadą do Chorzowa Włosi.

Jestem ciekaw, jak zareagują rodzimi fani futbolu, czy mimo wszystko dwukrotnie wypełnią Śląski… Mnie marzyłby się bojkot, choć trąci to idealizmem. Nie życzę źle Śląskiemu, bo to nie gospodarz stadionu ustala ceny na mecze piłkarskiej kadry. Biegacze, miotacze czy skoczkowie, choćby nie wiem jak znakomici, o aplauz szerokiej widowni muszą zabiegać permanentnie – promocjami. Kopaczom wszystko przychodzi samo, bez względu na jakość. Tak już jest i nie ma się co obrażać. A w prawie 40-milionowym kraju zawsze znajdą się chętni, którzy za obejrzenie w akcji jednego lub drugiego upadłego półboga murawy zapłacą każde pieniądze. Niestety.

Marzy mi się jednak policzek dla Bońka i dumnej z siebie kompanii, dla której najważniejsza jest kasa – a więc sponsorzy, vipy i telewizja. A kibic? Jak nie przyjdzie, zarobią co najwyżej parę milioników mniej.

Komentarze

Więcej w felietony