Zobacz
Do góry

Mucha nie siada. Siatkarze, czyli obłędna historia myślenia

Skoro mieliśmy aż dwa dywizjony 303, no to przynajmniej jeden film o Kurku, Kubiaku czy Drzyzdze byłby nie od rzeczy, choć tematów jest cała kopalnia.

Miałem pisać o żonach piłkarzy, ale trudno zaniechać samograja po tym, co nawyprawiali siatkarze, nawet jeżeli samą dyscyplinę mam – proszę wybaczyć – za bardziej piknikową niż męską. Strach się przyznać, ale emocje związane z występem Polaków na parkietach w Warnie i Turynie udzieliły mi się dopiero gdzieś od półfinału, co jednak chyba nie było wcale przypadkowe i stanowiło odbicie słabych generalnie w narodzie oczekiwań wobec naszych. Tymczasem Kurek, Kubiak, Drzyzga i spółka zagrali nam wszystkim – niedowiarkom – na nosie.

Ja, czyli typowy siatkarski Janusz, myślę tak: mistrzami już byliśmy cztery lata temu, więc nic dwa razy się nie zdarza… Błąd! Złoto wyrwaliśmy w Spodku, poniosły nas ściany i kibice, teraz muszą więc wygrać Włosi, Bułgarzy lub inni lepsi – Amerykanie albo Brazylijczycy… Błąd! Mamy trenera wariata z Beneluxu, którego nadwitalność musi skończyć się jakąś smutą, klęską, milczeniem… Błąd! No dobra, ale skoro przegrywamy z Argentyną, którą zawsze łoiliśmy na kwaśne jabłko, to z czym do podium? Błąd!

Całe to myślenie – niby racjonalne – okazało się błędem na błędzie. I zakończyło obłędem. Było więc – jak to w sporcie – fantastycznie, bo tak zupełnie nieprzewidywalnie.

Krebok: To jest reprezentacja na lata…

I do tego te fascynujące historie jednostkowe, cała kopalnia tematów, niemal gotowe scenariusze na filmy, które – w dobie nacisku państwa na politykę historyczną w kulturze – powinny powstać jak najszybciej! No bo skoro mieliśmy aż dwa dywizjony 303, no to przynajmniej jeden obraz o chłopcach Heynena byłby nie od rzeczy.

Zobaczmy więc: mamy Kurka – feniksa wskrzeszonego z popiołów, „bad boya” drużyny Antigi, który po kłótni z trenerem wylatuje z niej na 5 minut przed mundialem. Na triumf kolegów na pewno spoglądał duszony zazdrością, w efekcie z wielkiej siatkówki praktycznie znika, trapiony przez sportowe „wypalenie”, kontuzje i frustrację – aż rękę wyciąga do niego szaleniec w dresie z orzełkiem, a ten rewanżuje się pociskami w meczach o wszystko, choć jeszcze miesiąc wcześniej nie potrafił przebić piłki na drugą stronę. A wszystko podlane sosem ratującej siły miłości…

Mamy Kubiaka, kapitana pełną gębą (dosłownie), który jednym spojrzeniem przez siatkę sprawia, że rywal zamiast o grze myśli tylko o krwawej zemście, w efekcie zawala na parkiecie. Ale oto kapitana dopada tajemnicza choroba, ma nawet bilet powrotny do kraju – drużyna jest nie do poznania, dostaje baty od słabeusza; kapitan wraca, choć nie powinien (jego ojciec boi się o życie syna!) – drużyna wstaje z kolan, przechodzi samą siebie, aż do triumfalnego finału!

Mamy wreszcie Drzyzgę – krnąbrnego syna żyjącego w cieniu nieprzeciętnego ojca, kiedyś wspaniałego gracza, teraz w roli komentatorskiej wyroczni. Koleje losu juniora to usilne udowadnianie niedowiarkom, że też zasługuje na uznanie – nadaremno. Ale zaraz po ostatniej piłce finału biegnie do stanowiska TV, by wyściskać się z legendą, ale teraz to on jest już ponad, wyżej. Tak, kapią łzy… Tego filmowo nie da się spieprzyć!

Czytam porównania złotej drużyny 2018 do tej sprzed czterech lat. Tamci mieli jednak trudniej, bo presja związana ze startem przed własną publicznością była ogromna; teraz – po kilku latach dołowania – nikt zbyt wiele nie oczekiwał. Tamci byli chyba sportowo mocniejsi, bardziej doświadczeni, ci współcześni rośli w turnieju z dnia na dzień, choć nie ominęli przy tym raf, będąc o krok od wypadnięcia za burtę. Tamci mieli nieopierzonego trenera-kumpla, który ledwie co zrzucił buty na kołek, więc przyznanie mu reprezentacji graniczyło z obłędem. A jednak wypaliło. Współcześni dostali trenera sprawdzonego, ale z obłędem w oczach, który ich zagadał i zdominował – i znów euforia! Czy dlatego, że obaj nie byli naszymi rodakami? Czy gdyby w Bułgarii i Włoszech siatkarzy prowadził jakiś Kowalski, też zniósłby z nimi złote jajo? To już gdybologia, ale może jakiś odważny sprawdzi za cztery lata…

A skoro tak sprytnie przeskoczyliśmy na rodzimy grunt szkoleniowo-działaczowski, to mam jedną dygresję. Przykład siatkarzy to kosmiczny wyrzut sumienia dla wszystkich leniwych na umyśle i uczynkach, którzy odpowiadają za szkolenie i wyniki w innych reprezentacjach: koszykarskiej, piłkarzy ręcznych, hokejowej, a przede wszystkim tej nożnej. Zobaczcie, jaki potencjał drzemie w prawie 40-milionowym kraju, i jak perfekcyjnie potraficie go rozpier…

Żeby nie kończyć brzydko, puenta dla koneserów, zwłaszcza, że miało być o żonach. Podobno realizatorzy telewizyjni pilnie studiują, jak nazywają się i jak wyglądają panie Kubiakowa, Drzyzgowa czy Kurkowa. Oj, pardon, pani Anno Grejman…

 

e-wydania „SPORTU” znajdziesz TUTAJ

Komentarze

Więcej w felietony