Zobacz
Do góry

Od Japonii po Włochy

Rozmowa z Piotrem Gruszką, trenerem GKS Katowice, czterokrotnym uczestnikiem mistrzostw świata.

Debiut na mistrzostwach świata zaliczył pan w 1998 roku. Jak wspomina pan turniej w Japonii?

Piotr GRUSZKA: – Nie pamiętam dokładnie tych mistrzostw, być może dlatego, że byliśmy tam krótko. Po dwóch porażkach z Kubą i Argentyną oraz zwycięstwie nad Iranem ostatecznie zajęliśmy 17. miejsce. Drużyna w większości składała się z zawodników, którzy rok wcześniej zdobyli mistrzostwo świata juniorów. Dużo lepiej wspominam kolejny mundial w Japonii, ten z 2006 roku, gdy sięgnęliśmy po wicemistrzostwo świata.

Zachowali koncentrację i wygrali

Wcześniej były jednak MŚ w Argentynie i pamiętne zwycięstwo nad Włochami oraz porażka z Portugalią…


Piotr GRUSZKA: – W reprezentacji Włoch grali m.in. Ferdinando De Giorgi czy Samuele Papi, a trenerem był Andrea Anastasi. Zmagania w drugiej rundzie zaczęliśmy od walki z Rosjanami i minimalnej porażki 2:3. Marzenia o dobrym miejscu prysnęły po meczu z Portugalią. Wielka szkoda. Nie wiem czy 2002 rok był momentem, w którym mogliśmy już rywalizować o medale, ale z pewnością nie powinniśmy odpaść, przegrywając z Portugalią, a tak się stało.

Jadąc na mundial w 2006 roku mieliście przeczucie, że jesteście w stanie powalczyć o medale?

Piotr GRUSZKA: – Pracowaliśmy drugi rok z Raulem Lozano i jedyne co pamiętam, to najtrudniejszy okres przygotowawczy, jaki miałem w życiu. Turniej rozgrywany był w listopadzie i mieliśmy przed nim niemal pół roku przygotowań. Strasznie długi i męczący okres. Na turniejach mistrzowskich najważniejszy jest mecz, który decyduje o awansie do czwórki. Dla nas taki był z Rosją. To spotkanie było dramatyczne, ale ułożyło się po naszej myśli. To był początek postrzegania reprezentacji Polski jako drużyny, która w kolejnych imprezach będzie się liczyła. Do tej pory plasowaliśmy się zwykle w okolicach piątego miejsca. W Japonii nastąpił przełom, bo znaleźliśmy się w strefie medalowej. Dojrzeliśmy do tego, by walczyć o medale.

O ile przez cały turniej reprezentacja grała świetnie, o tyle w finale nie miała nic do powiedzenia w starciu z Brazylią. Co się stało, że mecz zakończył się gładkim 0:3?

Piotr GRUSZKA: – Na pewno nie był to spektakularny mecz. Może gdzieś w głowach była świadomość, że zrobiliśmy już naprawdę dużo. Brazylia w tamtym okresie to była ta wielka Brazylia. Jedna z najlepszych drużyn w historii. Chyba nie byliśmy gotowi, aby się bić z Brazylijczykami. Mieli doświadczenie w finałach największych imprez, a dla nas to była nowość. Niestety, spotkanie był jednostronne, a dodatkowo przytrafiła nam się kontuzja Piotra Gacka. Po meczu był smutek, ale podczas ceremonii wszyscy już się cieszyliśmy, bo dotarło do nas to, co osiągnęliśmy. Samo zakończenie też było dla nas bardzo ważne, bo wyszliśmy w koszulkach z numerem i nazwiskiem Arka Gołasia, który zginął tragicznie rok wcześniej.

Czyja to była inicjatywa?

Piotr GRUSZKA: – Nie pamiętam czy kierownika, trenera, czy któregoś z chłopaków. To nie miało aż takiego znaczenia. To była rzecz, która nie podlegała dyskusji. Mieliśmy w głowie przez cały turniej, że gramy dla Arka. Nie mówiliśmy o tym, ale to przecież wszystko było bardzo świeże, bo jeszcze rok wcześniej Arek był z nami na mistrzostwach Europy. Czuliśmy, że jest z nami w Japonii i ta koszulka była tego symbolem. Chcieliśmy w ten sposób oddać hołd naszemu koledze.

Ostatnimi mistrzostwami świata Piotra Gruszki w roli zawodnika były te w 2010 roku we Włoszech. Tutaj nie udało się zdobyć medalu. Niektórzy uważali, że Polska padła ofiarą chorego systemu rozgrywek…

Piotr GRUSZKA: – System był stworzony ewidentnie pod gospodarzy. Chory i perfidny. Pamiętam też, że warunki jeśli chodzi o nocleg i żywienie również nie były godne mistrzostw świata. Może w jakimś sensie padliśmy ofiarą, ale też nie graliśmy dobrze, aby coś zdziałać. W Trieście graliśmy na tyle poprawnie, by pokonać Kanadę, Niemcy i Serbię. W Ankonie tak już nie było, bo przegraliśmy 0:3 z Brazylią i Bułgarią. Już w tej fazie zaczęły się układanki niektórych zespołów. System systemem, ale ci co wygrywają przeważnie są najlepsi, a my wtedy nie byliśmy. Nie graliśmy na tyle dobrze, by awansować dalej. Całą sytuację najlepiej skwitował mecz Brazylii, która się podłożyła Bułgarii, by mieć korzystniejszą ścieżkę do półfinału. Dziwnym trafem, gdy mówimy o rozpoczynających się mistrzostwach świata, to wszyscy wracają do chorego systemu z Włoch.

 

(mib)

Komentarze

Więcej w mistrzostwa świata siatkarzy