Zobacz
Do góry

Pomogła nam magia Stadionu Śląskiego

Moje mundiale. Rozmowa z Lesławem Ćmikiewiczem, 57-krotnym reprezentantem Polski, medalistą mistrzostw świata 1974

Adam GODLEWSKI: Przed erą Kazimierza Górskiego byli w Polsce znakomici piłkarze, z Ernestem Pohlem i Lucjanem Brychczym na czele, były liczące się w Europie kluby Legii Warszawa i Górnika Zabrze. Dlaczego brakowało klasowej reprezentacji?

Lesław ĆMIKIEWICZ: – Chyba nikt nie umie na to pytanie sensownie odpowiedzieć. Może nie było takiej chemii, jak my mieliśmy z Górskim? Ryszard Koncewicz, który wcześniej był selekcjonerem, to wspaniały facet, bardzo mądry. Wprowadzał nowinki, publikował biuletyny szkoleniowe, pisał książki.

Nawet dziś, gdyby przejrzeć pod kątem prowadzenia zajęć, można by z nich korzystać. Trzymał jednak dystans, który nie pozwalał przeskoczyć pewnej bariery. Trenerowi Górskiemu, choć też nie byliśmy aniołkami, żaden z piłkarzy nie zrobiłby świństwa. Jego kadencja to był wspaniały czas, choć nie trwał za długo. Prawda jest taka, że począwszy od 1975 roku tamta wielka drużyna zaczęła się kończyć.

Fot. Włodzimierz Sierakowski/400mm

A kiedy zaczęła się tworzyć?

Lesław ĆMIKIEWICZ: – W moim odczuciu po igrzyskach w Monachium. Doszła nowa generacja – Janek Tomaszewski, Mirek Bulzacki, Adam Musiał, Andrzej Szarmach, a potem na mistrzostwa świata jeszcze Władek Żmuda. Turniej Michałowicza dla juniorów był świetną drabinką do wyławiania największych talentów. W tej masie dobrych graczy były też jednak wielkie indywidualności. Włodek Lubański to był naprawdę KTOŚ, podobnie Kaziu Deyna. A i Robert Gadocha – również. Ale Włodek był najważniejszy.

Nikt tego nie nakazywał, ale podświadomie graliśmy na niego. Był niezwykle inteligentny, na boisku i jako człowiek, więc w reprezentacji miał swoją niepodważalną pozycję. Był niekwestionowanym liderem zespołu. Potrafił nawet zarządzić dodatkowe treningi biegowe przed wyjazdem na olimpiadę do Monachium, po zajęciach zakończonych już przez trenera Górskiego. Nawet jednak Kazio tego nie kwestionował. „Trenerze jeszcze zrobimy tempówki na całą długość boiska” – mówił i wszyscy robili, nikt nie odmówił, bo tak Włodek kazał.

Miałem wrażenie, że wszystko co dobre miało początek w Monachium.

Lesław ĆMIKIEWICZ: – Nie oszukujmy się, igrzyska, choć wróciliśmy z Niemiec ze złotym medalem, to był zupełnie inny wymiar futbolu. Właściwie wstęp. Przepustką do wielkiego grania oraz światowej sławy i globalnej czołówki były eliminacje Weltmeisterschaft 1974.

Chrzest bojowy przeszliśmy walcząc z Anglikami i Walijczykami. O drugich wspominam nieprzypadkowo, źle przecież weszliśmy w eliminacje, przegraliśmy w Cardiff 0:2. Nie porażka była jednak najgorsza, tylko fakt, że w ogóle nie podjęliśmy walki. Na szczęście pozbieraliśmy się szybko, a pomogła w tym bez wątpienia magia Stadionu Śląskiego. Jak na chorzowski gigant przyszło 100 tysięcy ludzi i ryknęło, to aż unosiliśmy się w powietrzu. Naprawdę fantastyczny doping pchał nas do przodu po odbiorze piłki.

Przełomowy był wygrany mecz z Anglią na Stadionie Śląskim?

Lesław ĆMIKIEWICZ: – Był ważny, natomiast z mojej perspektywy o wiele bardziej niezapomniany był rewanż z Walią w Chorzowie. Nigdy wcześniej ani później nie grałem takiego meczu międzypaństwowego, w którym obie strony tak mocno waliłby się po… ryjach i kościach. Założenia, za które brawa należą się trenerom, były takie, że musimy przyjąć twardą, a jeśli będzie trzeba nawet brutalną walkę.

Szkoleniowcy podpuścili nas, że Walijczycy jeszcze przed wylotem z Cardiff mówili, że na pewno przywiozą zwycięstwo z Polski. Inna sprawa, że u siebie rąbali nas równo z trawą, a u nas nie znalazł się choćby jeden odważny, żeby oddać. Trevor Hockey zmiatał nas dosłownie z boiska, a myśmy nie odpowiadali. W rewanżu, kiedy Terry Yorath kopnął leżącego Gadochę ze szpica w kręgosłup, Robert tylko zapytał, który to numer. Kiedy spojrzałem za chwilę, Walijczyk miał całą twarz we krwi. Dostał z bani i cześć.

Na Hockeya zagrał jednak Ćmikiewicz, uważany za największego prowokatora wszech czasów w naszym zespole.

Lesław ĆMIKIEWICZ: – Sędziowanie było wtedy inne, mecz realizowany był z dwóch kamer, więcej można było ukryć. Kto się zatem zagapił, to obrywał z łokcia, nawet z pięści. Prowokacje, szczypanie, szyderczy śmiech, to był ówczesny standard. Tyle że ja wcale nie miałem zaopiekować się Hockeyem, tak wyszło boisku. Trevor miał pianę na ustach, gdy sędzia gwizdał faul dla nas, upierał się, że było odwrotnie.

Wystarczyło więc lekko go popchnąć, żeby nie czekać na odpowiedź. Tyle że nie subtelną, bo on po prostu odwinął się i kopnął. A kiedy to zrobił na oczach sędziego, choć sam też nieźle go wówczas przed kartką zdzieliłem, wystarczyło się przewrócić. Piłkarsko byliśmy od nich lepsi, wygraliśmy 3:0, nie ma o czym rozmawiać. Anglicy, to co innego pod względem wyszkolenia; to byli goście.

Fot. Włodzimierz Sierakowski

Alana Balla też jednak zdołał pan sprowokować w Chorzowie. Ćwiczył pan wyprowadzanie przeciwników z równowagi, czy działo się to spontanicznie?

Lesław ĆMIKIEWICZ: – Jeśli facet był mocno zagrzany, wystarczyło mu tylko zaśmiać się twarz, żeby stracił nad sobą panowanie. Ba, to było chyba najskuteczniejsze. Kiedy już byłem trenerem, świadomie nakłaniałem zawodników, żeby oszczędzali nogi rywali. Bo nogi są w tej robocie są niezbędne do zarabiania na życie. Przekonywałem, że lepiej wyprowadzić gościa z równowagi przygotowanym tekstem.

No i kiedyś prawy obrońca w Motorze Lublin przylatuje do ławki w piątej minucie i melduje: „Trenerze, zrobiłem to”. Dopiero w przerwie spytałem, co konkretnie. „Zapytałem ich lewoskrzydłowego, kiedy wyszedł ze szpitala. Zdębiał, więc mu wyjaśniłem, że z taką mordą nie mógł się przecież urodzić, pijani lekarze musieli ostro zepsuć tę maskę” – odpowiedział mega z siebie zadowolony. OK., eleganckie to nie było, ale facet został wyłączony, w tym spotkaniu w ogóle nie zaistniał. A krzywda mu się nie stała.

Mecz na Wembley przeszedł do legendy, ale nie był dobry. Wiele przypadku i sporo szczęścia zadecydowało o wywalczeniu historycznego remisu.

Lesław ĆMIKIEWICZ: – Owszem, broniliśmy się dość rozpaczliwie, ale trzeba wziąć pod uwagę okoliczności. Pogoda była pod psem, lało strasznie, a stadion był specyficzny, bo wówczas Wembley utrzymywał się z wyścigów hartów oraz z żużla. Darń była wykładana tylko na każdy mecz piłkarski, więc przy takiej aurze, w świeżo położonych płatach trawy grzęzło się w błocie po kostki.

Zwłaszcza na skrzydle, a mnie przyszło grać na boku pomocy. Wysiłek był niesamowity, bokami nie szło atakować. Nam to pasowało, bo mięliśmy zagęszczoną obronę. Poza tym nie zapominajmy, że w tym meczu zrodził się jeden z najlepszych na świecie bramkarzy, który na mundialu obronił dwa karne. Wcześniej Tomek nie miał takiej pozycji. Swoje zrobił oczywiście także Janek Domarski.

To był napastnik, który umiał się zastawić, na naszą ligę był naprawdę niezły, miał czyste uderzenie. Ale gdzie mu było do Lubańskiego?! Włodek był błyskotliwy, wystarczyła chwila nieuwagi obrońcy, potrafił załatwić sprawę. Bo był niesamowity technicznie.

A jednak bez najlepszego zawodnika potrafiliście poradzić sobie na Wembley, a później także w finałach mistrzostw świata. Jakim sposobem?

Lesław ĆMIKIEWICZ: – Wypadł Włodek, więc zastąpił go Grzesiek Lato, oczywiście w zdobywaniu goli, gdyż na pozycję Lubańskiego wszedł Andrzej Szarmach. Nagle, przez pecha lidera, ostro przyspieszyliśmy. Straciliśmy lidera, ale szybcy skrzydłowi i Diabeł sprawili, że zyskaliśmy… najlepszy atak na świecie, którego wszyscy się bali! Taki był wówczas potencjał polskiego futbolu. Dzięki nieszczęściu Włodka drużyna zyskała na dynamice, ale zyskała też na kontuzji… Ćmikiewicza.

Grałem wszystkie mecze kwalifikacyjne, a wcześniej także na olimpiadzie nikt mnie nie zmieniał. Straciłem miejsce dopiero na zgrupowaniu w Zakopanem przez… żart. Gadocha bawił się z Blauthem, chciał go oblać wodą ze szklanej butelki, ale ten się odwinął, i flaszka wylądowała mi pod stopą. Tak nieszczęśliwie stanąłem na niej, że założyli mi sześć szwów na stopę. Nie wiem, czy gdybym był nawet w najwyższej formie w Niemczech, grałbym tak dobrze jak Maszczyk. Uważam, że drużyna zyskała na wejściu Zygi do składu. Taka prawda.

Był pan jednak wciąż ważnym piłkarzem, w szatni i na boisku. Zresztą podczas Weltmeisterschaft wchodził pan na boisko w roli dżokera aż sześciokrotnie.

Lesław ĆMIKIEWICZ: – Ja byłem ambitny. I nigdy mi się nie podobało, kiedy ktoś przechodził obok meczu. Na igrzyskach w Monachium miałem scysję z chłopakami podczas meczu z Danią; bardzo trudnego, bo rywale byli od nas mocniejsi fizycznie. W przerwie powiedziałem, co mi leżało na wątrobie. Lubański mnie wówczas wsparł i w drugiej połowie trochę pograliśmy. Było ciężko, ale się udało.

Wspomniał pan, że nie byliście drużyną świętoszków. Najmocniejsze balety były po meczu na Wembley?

Lesław ĆMIKIEWICZ: – Dwa dni później czekał nas mecz towarzyski z Irlandią, więc brytyjska Polonia zaopiekowała się nami bardzo fajnie. Po spotkaniu balowaliśmy do rana. Wracając do hotelu prosto na śniadanie. I natknąłem się na Górskiego: „A co Ty Lesiu tak rano na nogach?”. „A wie pan trenerze, po takim meczu nie idzie spać” – nie wiedziałem jak się zachować, trener wiedział przecież, że się nawet nie położyłem, więc zapytałem, czy mogę zaproponować… po koniaczku. „A czemużby nie?!” – odpowiedział Kazio. Zamówiłem, zapłaciłem, ale przyszła chwila refleksji, że nie mogę pić z trenerem. Więc tylko wzniosłem toast.

Fot. Włodzimierz Sierakowski/400mm

Który mecz był kluczowy na mundialu?

Lesław ĆMIKIEWICZ: – Pierwszy, z Argentyną, to wówczas poczuliśmy moc. Z Włochami już tylko potwierdziliśmy, że w wygranej na inaugurację nie było przypadku. To wtedy zostaliśmy okrzyknięci rewelacją turnieju i wszyscy zaczęli się mobilizować na spotkania z Polską. Nie pętało to nikomu nóg, raczej zaowocowało dodatkową mobilizacją. I bardzo dobrze, bo skala trudności wzrosła.

Gadocha przed Włochami przyjął podpórkę od Argentyńczyków…

Lesław ĆMIKIEWICZ: – … ale my o tym nie wiedzieliśmy, to wyszło po latach. Rozmyło się po takim czasie, ale przestaliśmy utrzymywać z Gadochą kontakty. Ja bym może i porozmawiał z Robertem, dlaczego tak się zachował, ale już wcześniej miałem z nim scysję, kiedy wystawił nam o wiele wyższe PIY-y, niż wcześniej wypłacił pieniądze.

Wtedy też nas oszukał, powiedziałem mu w oczy, że zrobił wielkie świństwo, więc już nie jest akceptowany przez całą grupę. W Niemczech doskonale ukrył całą sytuację, grał przecież dobrze. Co prawda goli nie strzelał, ale miał asysty. Był więc niesamowicie odporny psychicznie, bo to była wtedy olbrzymia suma pieniędzy. Przestępstwa jednak nie popełnił, wziął pieniądze za zwycięstwo. W głowie mi to się jednak do dziś nie mieści…

Incydent z Adam Musiałem, który został zawieszony, świadczy o rozluźnieniu na pewnym etapie turnieju?

Lesław ĆMIKIEWICZ: – Nie, wszyscy jakoś dawaliśmy sobie radę z trzymaniem się w ryzach Adaś miał po prostu taki temperament i organizm, który domagał się już… nieco innego potraktowania! Po prostu. Nasz hotel był niby zamknięty, ale zawsze można było wyjść. Mieszkałem z Kaziem Deyną, więc wiem, że umiał to zrobić tak, żeby nikt się nie dowiedział. Zresztą Górski nie traktował nas jak zakonników.

Szampanik lał się tradycyjnie do lampek po powrocie z każdego meczu do bazy w Murrhardt, tylko powiedzmy sobie uczciwie – Polacy nie przepadają za szampanem. Więc nikt nie przesadził z tym trunkiem. Poza tym mieliśmy świadomość, że jest to nasza życiowa szansa. I jakie zrobiliśmy wokół siebie zamieszanie. Codziennie dostawaliśmy prezenty z Polski, od obcych ludzi, które nas dowartościowywały. Ale i dawały do myślenia.

Była szansa na mistrzostwo świata?

Lesław ĆMIKIEWICZ: – Była, Niemcy bali się nas jak jasna cholera. Straciliśmy jednak na błocie największy atut, jakim była szybkość naszego ataku. Mieliśmy sytuacje, stwarzaliśmy je, ale nie szło ich wykorzystać w takich warunkach. Niepotrzebnie przeczytano nam również telegramy od I sekretarza partii, który już przed pierwszym gwizdkiem głaskał zespół, niezależnie od wyniku. To był błąd, bo trzeba było walczyć o zwycięstwo jak w każdym innym meczu tego turnieju.

Gospodarze mieli więcej doświadczenia, i zrobili z tego użytek, jeśli idzie o motywację. Na suchym boisku, nawet mimo ich lepszego nastawienia, pewnie jednak nasza siła uderzeniowa mogłaby okazać się decydująca. Bo Niemcy nie mieli wtedy od nas lepszego zespołu. Z Brazylią w meczu o trzecie miejsce sytuacja się odwróciła, Latynosi przyjechali po mistrzostwo świata, więc zrozumiałe, że w spotkaniu o miejsce na najniższym stopniu podium zeszło z nich powietrze. Z kolei nam bardzo zależało, i ta determinacja okazała się kluczowa.

Ma pan poczucie, że grał w najlepszej reprezentacji Polski w historii?

Lesław ĆMIKIEWICZ: – Oczywiście! Ale mam też niedosyt z tego powodu, że akurat na mundialu nie grałem za dużo. Po mistrzostwach całą naszą drużynę chcieli wykupić na pniu. Bayern dawał nawet za Gadochę 300 tysięcy dolarów. Robert cwano rozegrał sytuację, żona mu pomogła na spotkaniu z I sekretarzem PZPR Edwardem Gierkiem, zapiała w tony, że najbardziej jest szczęśliwa z tego powodu, że Polacy tak świetnie zaprezentowali się na ziemi, która zrodziła faszyzm.

Spodobało się to… górnikom, wymogli na Gierku transfer Gadochy do… Francji. Za równowartość 10 tysięcy dolarów. Też mogłem wtedy wyjechać od Ligue 1, za podobne pieniądze, ale odbiłem się od muru. Zdecydowana większość kolegów również.

Rywalizacja asystentów Górskiego, Andrzeja Strejlaua i Jacka Gmocha, bawiła was?

Lesław ĆMIKIEWICZ: – Jacek był przeraźliwie ambitny. Jeśli widział gdzieś podpis Strejlaua, stawiał autograf nad jego nazwiskiem. Wiele spraw, co wyszło po latach, rozgrywał pod siebie. A po kilku latach, kiedy był już selekcjonerem, wyrzucił mnie z zespołu, bo miałem być z obozu Strejlaua, u którego grałem w młodzieżówce.

W Niemczech robił też jednak dobrą robotę, znał się na prowadzeniu banku informacji, wiedział na co zwracać uwagę, choć w polskich realiach był prekursorem. To dzięki niemu pokonaliśmy Anglię w Chorzowie, rozpracował przecież dokładnie złe przyzwyczajenia stopera rywali Bobby’ego Moore’a, z czego użytek zrobił Lubański. W Grecji, mimo że to Górski załatwił mu tam robotę, wszędzie opowiadał, że medal w Niemczech to w głównej mierze jego zasługa. Ech, nie ma co gadać, słabe to.

Fot. Włodzimierz Sierakowski/400mm

Rozpieściliście wszystkich, skoro po srebrnym medalu olimpijskim w 1976 roku wszyscy wręcz się obrazili na was. A przede wszystkim – na trenera Górskiego.

Lesław ĆMIKIEWICZ: – Już przed wylotem do Montrealu media strasznie z nami jechały. Nawet redaktor Jan Ciszewski, który sugerował, abyśmy wszyscy kupili kolorowe telewizory i igrzyska obejrzeli w telewizji. Spirala nienawiści była tak nakręcona, że podczas zgrupowania w Zakopanem ludzie przychodzili i pluli na nas. Naprawdę. Doszło więc do tego, że poprosiliśmy ministra sportu, żeby nie wysyłał nas olimpiadę.

W świetle tych zdarzeń srebrny medal nie był więc złym osiągnięciem, choć prawda jest taka, że był jakiś… niefartowny. Nawet moje dzieci nie chciały się nim bawić… Wszyscy byliśmy już jakoś wypaleni, ja dodatkowo złapałem kontuzję w półfinale z Brazylią wygranym 2:0. Zatem nie tylko z powodu psychicznego zmęczenia nie wystąpiłem w decydującym, ale zupełnie nieudanym, spotkaniu na igrzyskach, które było definitywnym końcem pewnej epoki w polskim futbolu.

Jakie są pańskie odczucia przed mundialem w Rosji?
Lesław ĆMIKIEWICZ: – Patrząc się na naszą drużynę, widzę braki. Nie zazdroszczę Adasiowi Nawałce roli selekcjonera w tym momencie. OK, mamy dobro narodowe, w postaci Roberta Lewandowskiego, ale za nim jest pustka. Kamil Grosicki nie gra tak, jak przed mistrzostwami we Francji, a Kuba Błaszczykowski – w ogóle.

Pytanie więc, czy dojdzie jeszcze do siebie i jeśli mam być szczery to podejrzewam, że nie da rady. Bo już musiałby być w rytmie meczowym. Pogubił się jest Grzesiek Krychowiak, więc sztab kadry sięgnął po Tarasa Romanczuka, którego nie chciałbym przedwcześnie skreślać, ponieważ po prostu go nie znam.

Nie widzę za to drugiego stopera europejskiego formatu obok Kamila Glika. Stąd nie dziwię się, że Adam chce asekuracyjnie grać trzema stoperami. Zresztą na lewej stronie Maciek Rybus to bardziej pomocnik niż defensor, jest za niski, żeby skutecznie bronić w czteroosobowym bloku. Jestem więc pełen obaw, nie ukrywam.

Od czego będzie zależało nasze być albo nie być w drugiej fazie mundialu?

Lesław ĆMIKIEWICZ: – Od pierwszego meczu. Senegal jest bardzo mocny, ale fakt, że kilkunastu reprezentantów tego kraju gra na co dzień w Anglii to też nie jest gotowa recepta na sukces. Więc za wszelką cenę trzeba znaleźć sposób na Afrykanów.

Głośno przestrzegam przed pompowaniem balonika, przecież nawet we Francji mając taki atak, jak mieliśmy – a nie bez racji uważany był za naszą najlepszą formację – zdobyliśmy w sumie cztery bramki. Tylko cztery. A teraz jesteśmy dodatkowo – z tego co widzę – nastawieni na grę defensywną. Trójka ofensywna może więc za wiele nie zdziałać na mundialu, choćby z uwagi na zbyt małą liczebność. Dlatego ewentualne wyjście z grupy uznałbym za super wynik. Szczerze.

Komentarze

Więcej w katowicki sport