Zobacz
Do góry

Przez chwilę smutno mi się zrobiło; lubiłem swoją rękę…

Prezes biegający po ulicy i proponujący ludziom grę w kadrze; trener uwielbiający „pokręcone projekty”; kapitan zapowiadający zdobycie mistrzostwa świata – przed wami najbardziej niezwykła reprezentacja Polski, czyli rodzimi amp futboliści!

Dariusz Leśnikowski, JK

Wie pan, u nas „drużyna” znaczy coś więcej, niż w innych… drużynach. Może dlatego, że u nas w szatni nikt nikomu nogi nie podkłada! – Łukasz Miśkiewicz uśmiecha się szeroko. W zasadzie w jego słowach nie byłoby niczego niezwyczajnego – ot, przenośnia; na dodatek dość banalna. Niezwykła staje się dopiero wtedy, gdy uświadomimy, że Łukasz to bramkarz reprezentacji Polski w amp futbolu. Czyli – przekładając na język polski – piłki nożnej dla osób po amputacjach kończyn. Zawodnicy – wyłączając bramkarzy (bronić mogą jedynie zdrową ręką) – po boisku (najczęściej o wymiarach 60 na 40 metrów) poruszają się o kulach. Kopać piłkę mogą jedynie zdrową nogą; nie wolno jej zagrywać ani kulą, ani kikutem. Niedozwolone są wślizgi, za to faule – i owszem – się zdarzają. – Tak naprawdę dla chłopaków z pola każdy mecz to ryzyko kontynuowania życia na wózku! Kula jest twardsza od piszczela – sam to wiele razy poczułem na własnych kościach – a oni już przecież mają tylko jedną nogę. Ale tej nogi nikt cofać nie zamierza! – podkreśla cytowany wyżej golkiper Kuloodpornych Bielsko-Biała, jednej z czterech drużyn grających w polskiej ekstraklasie amp futbolu.

Mogliby więcej dać z wątroby

Nazwa bielskiego klubu to jeden z tych elementów, który pokazuje dystans amp futbolistów do traumatycznych przeżyć z przeszłości. I do temaru niepełnosprawności, z którym – dzięki swej sportowej pasji i medialnej otwartości – niejako „oswajają” Polaków. – Bo ta niepełnosprawność w naszym kraju, zwłaszcza w małych ośrodkach, wciąż jest kwestią wstydliwą; niepełnosprawne dzieci „chowane są w szafach” przez rodziców – mówi Marek Dragosz. Selekcjoner biało-czerwonych to jedna z najbarwniejszych postaci naszej amp futbolowej kadry – co spróbujemy udowodnić w dalszej części tekstu. – W ciągu niespełna siedmiu lat przeszliśmy – jako dyscyplina i jako grupa zawodników ją uprawiających – długą drogę. Dziś – wreszcie! – kibice zaczynają na nas patrzeć przez pryzmat wyniku sportowego, a nie żalu nad nieszczęściem każdego z facetów. I tak ma być. A ja właściwie od pierwszego treningu patrzę na nich jak na sportowców, a nie jak na osoby niepełnosprawne. I kiedy trzeba opieprzyć – opieprzam z góry na dół, „bez trzymanki”. Po pierwszej połowie – chłopaki po prostu przeszli obok niej… – meczu z Niemcami na turnieju w Irlandii wszedłem do szatni i zareagowałem tak, jak powinien zareagować każdy trener w każdej dyscyplinie. Zacząłem „rzucać mięsem” i… wszystkim, co tylko nawinęło mi się pod rękę. Bo przecież w sporcie wynik jest ważny!

Reprezentacja Polski
FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

– Nic nie wkurza mnie bardziej, niż słowa „normalni piłkarze”, zestawiane w opozycji do pojęcia „amp futbolista”. A my nie jesteśmy normalni?! – denerwuje się Miśkiewicz. – Powiem więcej: w każdy występ wkładamy 120 procent zaangażowania. W tym kontekście trochę mną wstrząsnęła końcówka mundialowego meczu z Japonią. Mogliby więcej dać z wątroby, skoro grają z „orzełkiem” na piersi…

Młody byłem i opory miałem mniejsze

Amp futboliści swój mundial mieli jesienią. Daleko – w Meksyku. Ale całkiem liczne było w Polsce grono ich kibiców, którzy zarywali noce, by w Internecie „na żywo” oglądać zmagania biało-czerwonych. Wśród tych widzów byli też podopieczni Jerzego Brzęczka. – Łukasz Fabiański był nawet w stałym kontakcie z naszymi bramkarzami. Wiem, że słał do nich SMS-y. Zwłaszcza po konkursie rzutów karnych w meczu ćwierćfinałowym z Angolą. W końcu zna ten „ból”, pewnie przeżywał raz jeszcze powtórkę „jedenastek” z Portugalią na Euro 2016… – domyśla się Mateusz Widłak.

Widłak to człowiek, bez którego tej dyscypliny w Polsce… pewnie nie byłoby w ogóle. – Zaczęło się od filmu o brazyliskiej piłce. A raczej od kilku ujęć w nim, pokazujących właśnie ludzi goniących o kulach za piłką. Byłem wtedy studentem, pisywałem teksty na jeden z portali piłkarskich i pomyślałem, że warto poszperać w Internecie, by poszerzyć wiedzę na ten temat i „skrobnąć” coś o tym fenomenie. Znalazłem sporo informacji o amp futbolu w innych krajach i na różnych kontynentach. I ani słowa o Polsce!

Nie mógł uwierzyć w to, że rywalizacja rozwijająca się dynamicznie w wielu krajach świata na różnych kontynentach, nad Wisłą jest zupełnie nieznana… – Sprawdzałem to nawet za granicą. Nawiązałem kontakt z Davidem Tweedem, przedstawicielem brytyjskiej federacji, odpowiedzialnym za rozwój tej dyscypliny – który zresztą potem niejedną bramkę nam strzelił w oficjalnych meczach… – pytając o jego wiedzę na temat amp futbolu u nas. Potwierdził, że Polska to „dziewiczy teren” w amp futbolu, więc… zacząłem działać. Dziś pewnie na wiele posunięć bym się nie odważył, ale wtedy młody byłem, więc i opory miałem mniejsze – uśmiecha się pan Mateusz.

Na ulicy zaczepić niepełnosprawnego

Działał rzeczywiście niestandardowo i z rozmachem. Internet – czyli strona poświęcona amp futbolowi oraz konta na portalach społecznościowych – to „klasyka”. Ale były i mniej rutynowe pomysły. Kontakt ze szpitalami dokonującymi amputacji; z przychodniami leczącymi wrodzone wady; z firmami protetycznymi produkującymi protezy kończyn. – Potrafiłem nawet na ulicy zaczepić niepełnosprawnego i namawiać go do udziału w treningu – opisuje swe pełne pasji działania Mateusz Widłak. „Zaczepiał” też – tym razem mailowo – trenerów, szukając kogoś, kto podjąłby się poprowadzenia pierwszych – a może i następnych… – zajęć dla tych, którzy pozytywnie odpowiedzieli na zaproszenie do podjęcia piłkarskiego wyzwania. – Wielu trenerów wykazało co prawda zainteresowanie samym pomysłem, ale zasłaniali się jednocześnie bieżącymi obowiązkami klubowymi. Tylko jeden był bardzo konkretny – wspomina pan Mateusz.

Wybrany z… tysiąca

– Prezes często powtarza w wywiadach, że wysłał maile do sześciu trenerów. Ale ja wolę wersję, w której zostałem wybrany z… tysiąca kandydatów – uśmiecha się cytowany już Marek Dragosz. – Faktem bezspornym jest, że kiedy przeczytałem korespondencję od niego, od razu chwyciłem za telefon, a krótko potem – już byłem w drodze do Warszawy, na owe pierwsze zajęcia. Bo wie pan, ja uwielbiam zagadki stawiane przez życie, kocham nowe wyzwania. Pokręcone projekty wszelkiego rodzaju odpowiadają mojemu charakterowi.

Nie mam jakiejś wielkiej potrzeby odciskania piętna na wszystkim, ale lubię budować coś od zera i patrzeć, jak wzrasta – w tych słowach kryje się tajemnica nieco szalonego życia selekcjonera, no i odpowiedź na pytanie, dlaczego właśnie on od ponad siedmiu lat stoi u steru amp futbolowej kadry. No i jest jeszcze jeden argument, który wtedy miał wielką wagę… – Dwa lata wcześniej, odpoczywając na plaży w stolicy Sierra Leone, ze zdumieniem zauważyłem grupkę uganiających się za piłką facetów. Każdy z nich… miał tylko jedną nogę, a pod pachami – długie drewniane kule. To było moje pierwsze zetknięcie z tą dyscypliną, choć wówczas jeszcze nie miałem świadomości, że ma ona jakiekolwiek ramy organizacyjne, i że rozgrywane są w niej nawet mistrzostwa świata!

Sierra Leone było pierwszym afrykańskim krajem, który wziął udział w „amp mundialu”. Na Czarnym Lądzie nowa dyscyplina szybko zdobyła popularność; w żadnej innej części świata przecież – brutalna to konkluzja… – nie było na przełomie wieków tak wielu konfliktów (trwających gdzieniegdzie do dziś), skutkujących dramatycznymi doświadczeniami ludności cywilnej. Angola na przykład – wróci jeszcze w naszej opowieści – to kraj z największym odsetkiem ofiar min przeciwpiechotnych na całym świecie. Szacuje się, że w angolańskiej ziemi wciąż zakopanych jest około 10 milionów (!) tych śmiercionośnych ładunków.

„Motocykliści”, „elektrycy”, „kolejarze”

Wśród rodzimych amp futbolistów ofiar min nie ma, co nie znaczy, że nie przeżyli chwil dramatycznych, nie doświadczyli wielkiego bólu. – Są wśród nas „motocykliści”, „elektrycy”, „kolejarze” – Przemysław Świercz, kapitan reprezentacji, używa żartobliwych pojęć, wskazujących na przyczynę amputacji. Ktoś został porażony prądem; ktoś inny wpadł pod pociąg, próbując – jak niegdyś Zbigniew Cybulski… – sięgnąć poręczy przy drzwiach ostatniego wagonu. Świercz należy do tych pierwszych: amputacja prawej nogi okazała się konieczna po zderzeniu motoru, który prowadził, z camperem. Norwescy lekarze – bo właśnie w tym kraju miał miejsce wypadek – decyzję o odjęciu kończyny podjęli bez jego wiedzy; był nieprzytomny, a tylko w ten sposób można było uratować mu życie.

Dramatyczna jest też historia niepełnosprawności najmłodszego w reprezentacyjnej ekipie Jakuba Kożucha. Miał cztery lata, gdy znalazł się w płonącym mieszkaniu. Szans na ucieczkę z czwartego piętra nie było; ogień odciął drogę na klatkę schodową. Ojciec przywiązał więc syna linką za nogę do kaloryfera i… położył na brzuchu na parapecie zaokiennym. Sam zapłacił cenę najwyższą, ale Kubie uratował życie, choć konieczna okazała się amputacja poparzonej kończyny.

Taki dowcip zrobił mi kolega

Łukasz Miśkiewicz – bramkarz bez ręki – to z kolei ofiara kopalni. Zanim na nią trafił, długo szukał swego miejsca w dorosłym życiu. Zaraz po szkole średniej, zgłosił się na ochotnika do wojska. Dziewięć miesięcy spędził w lubuskim Międzyrzeczu. Jeździł rosomakiem jako celowniczy RGP (ręczny granatnik przeciwpancerny), na poligonie zaś pełnił funkcję laboranta strzelnicy artyleryjskiej. – Mówiąc prosto: ustawiałem na podnośnikach cele dla artylerii – tłumaczy. Po powrocie do rodzinnego Jastrzębia podjął studia w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Raciborzu, na kierunku „pedagogika resocjalizacyjna”. – Czemu tam? Właściwie… z przypadku. Taki dowcip zrobił mi kolega: zapisał siebie i mnie przy okazji – tłumaczy. Licencjat obronił, ale roboty nie było wówczas ani w policji, ani w służbie więziennej, ani w ośrodkach wychowawczych, czyli poprawczakach.

Łukasz Miśkiewicz przygodę z piłką zaczynał w Jastrzębiu od strzelania goli. Dziś broni bramki biało-czerwonych w amp futbolu.
FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

No i trafiło się w końcu górnictwo; najpierw na kopalni „Budryk”, potem „Knurów”. – Choć czasami przychodziło mi przerzucić w ciągu dnia 10 ton worków z cementem, podobała mi się ta robota. A i zarobki były w niej niezłe jak dla młodego chłopaka – opowiada „Misiek”. Na dodatek po szychcie zawsze znajdowała się chwila, by skoczyć na „orlik” i pograć trochę w ogólnopolskich rozgrywkach „Playarena”, czyli piłkarskich szóstek. „Życie jak w Madrycie” – chciałoby się rzec – choć przecież toczone przez osiem godzin dziennie jakieś 750 metrów pod ziemią. – Czy się bałem? Tak, bałem się. Ciemność, tylko czołówka daje trochę światła. To nie są naturalne warunki dla człowieka – przyznaje golkiper.

Nie mam jednej, to i drugą sobie zepsuję

Pół roku – tyle dostał w tym fachu od Skarbnika (a może od Świętej Barbary?). To był dzień jak co dzień: kolejne worki cementu, wsypywane do agregatu pompująco-mieszającego PUMA M, z którego potem lano gotowy już beton w kopalniane chodniki. – Sercem agregatu był „ślimak” – jak w maszynce do mięsa – który mieszał cement z wodą. Zakładałem właśnie z powrotem wielkie sito, którego oka dość często się zatykały, bo cement chłonął wilgoć z samego powietrza w chodniku, gdy nagle coś huknęło. Odruchowo schyliłem głowę – w kopalni nigdy nie wiadomo, z której strony coś ci na nią spadnie – i w tym momencie ów „ślimak” złapał mi rękawicę roboczą. To był moment: poczułem tylko, jak wciąga dłoń, potem przedramię; jak pękają kości. Mocno się zaparłem i… oderwałem to, co zostało z ręki; w przeciwnym wypadku maszyna wciągnęłaby mnie całego.

A potem… położyłem się na ziemi i czekałem na pomoc – Łukasz ponad sześć lat po wypadku opowiada o nim zupełnie beznamiętnym głosem. A przecież otarł się tak naprawdę o śmierć: pierwszej pomocy co prawda już na dole udzielili mu koledzy po fachu, ale i tak podczas transportu najpierw na górę, a potem do szpitala w Knurowie, stracił mnóstwo krwi. No i ta ręka… – Po operacji chyba sobie nawet z cicha zapłakałem. Przez chwilę smutno mi się zrobiło; lubiłem swoją rękę… – „Misiek” (jak to on) znów wpada w nieco przekorny ton. – Patrzy pan na moją lewą rękę? Ten tatuaż zrobiłem sobie już po wypadku. „Nie mam jednej, to i drugą sobie zepsuję” – pomyślałem. I kazałem wytatuować archanioła Michała. Nie jestem megawierzący, ale tamtego dnia ktoś u góry czuwał nade mną. Mogłem się przecież wykrwawić – wyjaśnia.

Spojrzeli na mnie jak na kosmitę

Postawa Łukasza – owo „oswajanie” niepełnosprawności, która przyszła w dramatycznych okolicznościach – jest charakterystyczna dla wszystkich naszych amp futbolistów. – Trochę się bałem tego pierwszego treningu, pierwszego spotkania z chłopakami. Nie bardzo wiedziałem, co mogę powiedzieć, by nikomu nie „wdepnąć na odcisk”. Znałem bowiem osoby niepełnosprawne, mocno na tym punkcie wyczulone. Ale… po 20 minutach obcowania z przyszłymi reprezentatami cała trema mi przeszła. Niemal wszyscy o swych wypadkach, przypadkach i nieszczęśliwych zdarzeniach opowiadali bez skrępowania – przypomina inauguracyjne spotkanie kadry Marek Dragosz.

– Bo przecież niepełnosprawność nie powoduje, że życie się kończy; wręcz przeciwnie: to ma być początek nowych fantastycznych wyzwań – wyjaśnia Przemysław Świercz. Selekcjoner ten sposób myślenia złapał bardzo szybko. – Nie pamiętam pierwszego zdania, które do nich powiedziałem. Pamiętam za to ostatnie wypowiedziane wtedy: „Panowie, za rok są mistrzostwa świata w Kaliningradzie. Zrobię wszystko, byśmy na nie pojechali” – cytuje samego siebie Dragosz. – Spojrzeli wtedy na mnie jak na kosmitę…

Szliśmy do szatni z rękami w górze

– Zupełnie niesłusznie. Trzeba sobie stawiać ambitne cele. Ja chłopakom powiedziałem od razu: „Jeżeli jedziecie na mistrzowski turniej, macie na niego jechać z nastawieniem przywiezienia złota” – Norbert Bradel dołączył do reprezentacji krótko po jej ukonstytuowaniu. Dziś – też w roli trenera mentalnego – pracuje w Górniku Zabrze (- Przy każdym spotkaniu śmieję się z niego, że od tamtego czasu zaliczył degradację: z reprezentacji „spadł” do ligi – mówi Mateusz Widłak). Bradel – do czego się sam przyznaje – zawsze wali prawdę prosto między oczy. Więc i jesienny występ biało-czerwonych na mundialu, zakończony siódmym miejscem, nazywa porażką. – Owszem, sukces jest: marketingowy i medialny. Ale sportowo – po czwartym miejscu w poprzednich mistrzostwach świata i brązie w mistrzostwach Europy – chłopaki zrobili krok w tył! Mam wrażenie, że za szybko upoili się po prostu tym zainteresowaniem opinii publicznej, rozgłosem, medialnością. I nie zdołali zrobić kroku naprzód – analizuje Bradel, który – niezależnie od tych gorzkich słów – w reprezentacji wciąż ma mnóstwo przyjaznych dusz.

– Zgadzam się z Norbertem. Sportowo nie jesteśmy zadowoleni. z tego startu. To znaczy – z walki podjętej przez zespół – tak. Ale z zajętego miejsca – absolutnie nie – potwierdza Mateusz Widłak. Po wyjściu z grupy, na drodze Polaków do medali stanęła wspomniana Angola. Ćwierćfinał był niezwykłym widowiskiem. Biało-czerwoni na 1:1 wyrównali w ostatniej minucie regulaminowego czasu gry. Z kolei na dwie minuty przed końcem dogrywki to my prowadziliśmy 3:1. – I chyba już szliśmy do szatni z rękami w górze… – wzdycha Miśkiewicz. Owszem, były błędy sędziów (wielu z nich dopiero na turnieju uczyło się stosowania przepisów gry w praktyce), ale dopuszczenie do serii rzutów karnych (rozgrywanych zresztą już niemal po ciemku) nie powinno się Polakom zdarzyć. – Kiedy widziałem późniejsze zwycięstwa Angolczyków w półfinale z Brazylią, i w finale z Turcją, miałem świadomość, że ten nasz ćwierćfinał… godny był meczu o złoto, tak jak obie drużyny godne były miejsc na podium. Cóż… – wzdycha prezes Widłak.

– Ale ta drużyna jeszcze mistrzem świata będzie! Ze mną lub beze mnie – zapewnia z mocą Przemysław Świercz. No to poczekamy!

ZACHĘCAMY DO NABYWANIA ELEKTRONICZNYCH WYDAŃ CYFROWYCH

e-wydania „SPORTU” znajdziesz TUTAJ

Komentarze

Więcej w piłka nożna