Zobacz
Do góry

Lis: Rodzice pocieszają, choć nie trzeba

Mateusz Lis przeżył ostatnio prawdziwą huśtawkę. Po meczach Wisły z Pogonią Szczecin i Koroną Kielce wielu fanów domagało się zmiany w bramce. Po spotkaniu derbowym znów jest bohaterem.

Mateusz Lis w tym roku skończył 21 lat, więc jak na bramkarza jest jeszcze dzieciakiem. Rok temu był rezerwowym w Podbeskidziu Bielsko-Biała, teraz jest pierwszym bramkarzem Wisły Kraków. – Różnie było przez te miesiące, ale ciężka praca zaprowadziła mnie do tego miejsca. Ani na chwilę się nie załamałem, wiedziałem, że słońce w końcu wyjdzie i bardzo cieszę się z tego – mówi.

Mateusz MIGA: Powtórkę meczu z Cracovią obejrzałeś pewnie z satysfakcją?

Mateusz LIS: – Zobaczyłem powtórkę zaraz po meczu, a potem mieliśmy analizę z trenerem. Lubię zobaczyć daną sytuację kilka razy, by na spokojnie wyciągnąć odpowiednie wnioski.

Sytuacja z Mateuszem Wdowiakiem wyglądała bardzo groźnie, musiałeś wybiec daleko z bramki.

Mateusz LIS: – Doszły mnie słuchy, że moje zagranie wyglądało agresywnie, ale ja na boisku tak tego nie odczuwałem. Ruszyłem do piłki i byłem pewien, że zdążę. Noga faktycznie była wysoko, ale gdybym zawahał się choć na moment, wtedy byłoby większe prawdopodobieństwo, że doszłoby do faulu. Dzięki temu, że poszedłem na maksa, zdążyłem przed Mateuszem.

Trudno o lepszy występ, bo miałeś też udział przy drugiej bramce.
Mateusz LIS: – Cieszę się, że z przodu też mogłem pomóc.

Dogrywanie długich piłek na takiego piłkarza jak Zdenek Ondraszek to zapewne czysta przyjemność.

Mateusz LIS: – Fajnie, że mamy silnego napastnika, który potrafi te piłki utrzymać, zagrać głową. To duża korzyść.

Mówiłeś, że przed meczem odciąłeś się od komentarzy, ale wierzę, że nie było to łatwe.

Mateusz LIS: – Mocno wspierają mnie rodzice, mamy bardzo dobry kontakt mimo tego, że jesteśmy daleko od siebie. Tata to taki mój pierwszy trener, który analizuje wszystkie sytuacje, rozmawiamy też o gorszych momentach. Zdawałem sobie sprawę, że w poprzednim meczu nie udało mi się pomóc drużynie, ale jakbym się załamał to bym nie wyszedł na te derby i nie zagrał w ten sposób w jaki zagrałem. Trzeba było głowę utrzymać w odpowiedniej dyspozycji i udowodnić wszystkim, że zasługuję na miejsce w bramce Wisły i potrafię bronić. Staram się tego nie czytać, nie mam Twittera, nie śledzę komentarzy, także po dobrych występach.

Lis w derbach pokazał, że wart jest zaufania

Mimo słabszych meczów z Pogonią i Koroną, w derbach od początku byłeś pewny w interwencjach.

Mateusz LIS: – Tak naprawdę nie uważam, że te dwa mecze były średnie. Fakt, że nie udało się pomóc drużynie, ale gdyby zawodnik Korony uderzył tę piłkę tak jak chciał, mocniej pod poprzeczkę, to być może bym to obronił. Zdarzyło się tak, że ten strzał nie był do końca taki mocny, a czasami takie piłki są najtrudniejsze. Nie udało się w tej sytuacji, ale nikt już nie pamięta, że potem obroniłem w sytuacji sam na sam, że moja gra nogami nieźle wyglądała. Nie było w tym meczu wielu okazji do wykazania się, a ludzie tacy są, że nie pamiętają o dobrych rzeczach tylko o straconej bramce. Nie byłem jakoś specjalnie załamany, ale słyszałem różne głosy z mediów. Wiem jak to jest – po dobrym występie wszyscy klepią po plecach, po gorszych zaczyna się jazda.

Życie bramkarza w pigułce.

Mateusz LIS: – Można tak powiedzieć. Od zera do bohatera.

Za którą bramkę tata bardziej zmył ci głowę. Za tą straconą w meczu z Pogonią czy z Koroną?

Mateusz LIS: – Za tą z Pogonią. Tata ma mocny charakter, jest bardzo zawzięty, robi wszystko na maksa. Od razu mi powiedział, że powinienem być bardziej agresywny, zmieść tego napastnika, a tak to bramkę można mi przypisać. Czasami się z nim nie zgadzam, ale nie kłócimy się. Staram się wtedy ugryźć w język, nie mówić wszystkiego, wysłucham taty, bo wiem, jak bardzo rodzice to przeżywają. Rozpiera ich duma i chcą mi pomóc.

Oni przeżywają te komentarze bardziej od ciebie?

Mateusz LIS: – Myślę, że tak. Czasami próbują mnie pocieszyć, gdy nie trzeba tego robić. Czytają mi te komentarze i mówią mi, bym się nie przejmował, a ja dopiero od nich dowiaduję się o tym, że takie opinie się pojawiły. Taki paradoks tej sytuacji.

Masz jakieś specjalne wartości, które wyniosłeś z domu?

Mateusz LIS: – Moi rodzice są ludźmi, którzy do wszystkiego doszli ciężką pracą. Nie pochodzę z zamożnego domu, z bardzo normalnej rodziny. Nie było u nas łatwo, ale zawsze dawaliśmy radę. Tworzymy bardzo zgraną rodzinę, wciąż mamy świetny kontakt. Rodzice mieszkają teraz w Niemczech, ale są na każdym moim meczu, nieważne czy w Krakowie czy na wyjeździe. Czasami im mówię – odpocznijcie, zróbcie sobie wolny weekend, a oni na to – a co mamy robić? Cieszą się, że mogą być ze mną na żywo, bo mecz w telewizji to dla nich nie to samo. Z domu wyniosłem przekonanie, że nic nie dostanę za darmo. Cały czas tata mi powtarza, że nieważne co się będzie działo, muszę ciężko trenować, a zawsze będę mieć ich wsparcie.

W meczu z Pogonią to tylko twój błąd czy obrońcy też powinni ci bardziej pomóc?

Mateusz LIS: – Tylko mój. Mamy takie założenie przy stałych fragmentach gry, że powinienem sobie z tym zawodnikiem poradzić. Nie chcę też oceniać pracy sędziego, ale gdyby w tej sytuacji gwizdnął faul, spokojnie by się obronił. Ale nie gwiżdżąc też nie popełnił błędu. To była sytuacja, w której nic nie było do końca jasne. Dla mnie najważniejsze, że po tej sytuacji jestem bogatszy o nowe doświadczenie. Mam nadzieję, że to była ostatnie takie zdarzenie. Teraz mam za sobą dobry mecz, ale wkrótce kibice nie będą pamiętać o mojej postawie w meczu z Cracovią.

Takie życie bramkarza. Ale nie żałujesz, że wybrałeś tę rolę?

Mateusz LIS: – Bramkarzem nie jestem od kilku tygodni, więc cieszę się z tego co robię. Kocham to i nie wyobrażam sobie, bym robił cokolwiek innego. Ta adrenalina, treningi, mecze, ta cała otoczka to jest coś pięknego i robię to z szerokim uśmiechem na twarzy. Wiadomo, że zdarzają się trudniejsze momenty, ale każdy ma w swoim życiu takie chwile. My możemy się cieszyć, że mamy taką pracę.

Nie jesteś bramkarzem od kilku tygodni, ale z taką presją jak w Wiśle jeszcze się nie spotkałeś.

Mateusz LIS: – To jest dla mnie pierwszy poważny sezon w ekstraklasie. Jest inaczej niż w pierwszej lidze. Presja z meczu na mecz jest coraz większa, dochodzi walka o punkty. Nie tylko to, by dobrze wypaść. Niby liga dopiero się zaczęła, a już mamy 11 kolejkę. Teraz jedziemy na Legię, gdzie też trzeba będzie zmierzyć się z dużą presją, będzie bardzo dużo kibiców.

Lubisz takie mecze?

Mateusz LIS: – Zdecydowanie lubię, jak jest dużo ludzi, wrzawa na trybunach. Kibice dodają wiele tej piłce, daje się odczuć atmosferę piłkarskiego meczu.

Rok temu byłeś rezerwowym w Bielsku Białej, teraz jesteś pierwszym bramkarzem Wisły Kraków. Udane 12 miesięcy.

Mateusz LIS: – Różnie było przez te miesiące, ale ciężka praca zaprowadziła mnie do tego miejsca. Ani na chwilę się nie załamałem, wiedziałem, że słońce w końcu wyjdzie i bardzo cieszę się z tego.

Masz idola bramkarskiego? Szkoła Fabiańskiego czy szkoła Szczęsnego?

Mateusz LIS: – Chciałem od razu wspomnieć o Ikerze Casillasie, ale to tylko ze względu na to, że w dzieciństwie mi imponował. Może nie jesteśmy podobni parametrami, ale miał coś w sobie. Świetny człowiek, świetny bramkarz… To był mój idol z dzieciństwa. W Polsce też mamy bardzo dobrych bramkarzy, doskonale wiemy, jaka jest rywalizacja w reprezentacji. Wojtek, który gra w Juventusie, Łukasz w West Hamie. Trudno zdecydować, który z nich jest lepszy.

Wolisz pozostać dyplomatą. Rzut oka na twojego Instagrama i widać, że królują tam wyważone opinie.

Mateusz LIS: – Sam to prowadzę. To też jest ważne, by w życiu prywatnym zachowywać się normalnie, nie wariować, do mediów społecznościowych podchodzić ze spokojem. Wtedy jest to fajnie odbierane.

Wiesz, że Wisła chce cię szybko wypromować i sprzedać…

Mateusz LIS: – Ciężko mi się do tego odnieść. Muszę robić swoje, a co będzie za jakiś czas to się okaże.

Masz ligę, gdzie chciałbyś grać za te kilka lat?

Mateusz LIS: – Marzeniem każdego jest angielska piłka i ja też chciałbym się tam kiedyś znaleźć. Jak pokazują polscy bramkarze – da się tam dojść i zaistnieć.

Legia robi na tobie wrażenie?

Mateusz LIS: – Wiadomo, że Legia grała w Lidze Mistrzów, zawsze jest w topie ligi. To dodatkowy smaczek – gramy z klubem, który cały czas walczy o trofea, ale jesteśmy w tej samej lidze, czujemy się mocni i jedziemy tam po trzy punkty.

Słyszysz nawiązania do swojego nazwiska? Szczwany Lisek?

Mateusz LIS: – Nie, ale wszyscy mówią do mnie po nazwisku, Lis, Lisu. Czasem niektórzy zapominają nawet jak mam na imię.

 

Na zdjęciu: W meczu z Cracovią Mateusz Lis zaprezentował się z bardzo dobrej strony. Miał też udział przy golu Wisły na 2:0.

 

e-wydania „SPORTU” znajdziesz TUTAJ

Komentarze

Więcej w Ekstraklasa