Zobacz
Do góry

Grygierczyk: Dymy biało-czerwone i cisza

Felieton Andrzeja Grygierczyka po meczu Legia Warszawa – Górnik Zabrze (4:0). Tym razem analizie poddani zostali kibice i to, co działo się na trybunach.

Legia Warszawa bezlitośnie (4:0) złoiła Górnika Zabrze, więc kibicowski naród mógł się skoncentrować na świetnej robocie trenera Sa Pinto, tudzież na grze Górnika Zabrze, który – choć powinien być podniesiony na duchu po zwycięstwach nad Zagłębiem Lubin i Legionovią – sztycha na Łazienkowskiej nie zrobił. Jak napisaliśmy wczoraj, klasyk przeistoczył się w łomot.

Bardzo dziwne natomiast jest to, że zapadła cisza wokół przerwania tego meczu na skutek wielkiego racowiska, które urządzili kibice Legii. Gdyby nie głos jednego z piłkarzy Górnika, że być może błędem było udanie się na ten czas do szatni, zamiast… pozostanie na boisku, to problem jakby gdyby nie zaistniał, ulotnił się wraz z dymem. Tak jak próbowali to zrobić szanowni telewizyjni komentatorzy, nawijając w czasie tej wymuszonej przerwy o wszystkim, tylko nie o domniemanych konsekwencjach, które gospodarz powinien ponieść.

Klasyk bez historii, Górnik bez formy

Nie sprawdzałem – żałuję, acz w sumie będzie to bardzo proste do sprawdzenia – jak długo trwała ta przerwa, ale chyba więcej niż 15 minut, a po tym czasie sędzia miał prawo gwizdnąć walkower dla Górnika. Miał prawo, lecz pewnie nawet mu to nie przyszło do głowy. Zresztą cisza wokół tej przerwy panuje tak ze strony Ekstraklasy S.A., jak i PZPN. A przynajmniej panowała do wczoraj, do godziny, w której te słowa wystukuję na klawiaturze.

Wygląda na to, jakby się wszystkim piłkarskim bonzom głupawo zrobiło. Dlaczego? Mogę tylko domniemywać, że dlatego, iż dymy produkowane przez race były ładne takie, biało-czerwone, wzniosłe, dowodzące głębokich patriotycznych uczuć „Żylety”, czego zresztą już nieraz byliśmy świadkami – pod rozmaitymi postaciami i w rozmaitych formach, o których jednak lepiej nie wspominać. A że to wszystko niezgodne z prawem i z regulacjami (teoretycznie) narzuconymi przez organizatorów rozgrywek? Co tam… Czy pierwszy i czy ostatni raz? Zawsze przecież można się podeprzeć tym, że – owszem – prawo zostało złamane, ale przynajmniej duch sportu nie ucierpiał.

No, nie ucierpiał, mecz się odbył, wygrała drużyna lepsza, poza tym na trybunach nikt (chyba) nie udusił się za sprawą dymu i smrodu. Tylko że po raz kolejny przekonaliśmy się, że prawo, regulaminy i przepisy są tylko po to, żeby były. Sobie a muzom. Czy te regulaminy i przepisy są głupie? Nie, nie są głupie, lecz jednak martwe. Tym gorzej dla piłki nożnej, tym gorzej dla nas wszystkich.

Można sobie wyobrazić, że kibicowski (kibolski?) naród, skądinąd „od zawsze” mający te regulacje głęboko w czterech literach, otrzymuje kolejny argument, że na trybunach właściwie wszystko wolno. A wolno tym bardziej, im bardziej dymy są biało-czerwone, patriotyczne.

MARCIN BROSZ: BOISKO ZWERYFIKOWAŁO NAS POD KAŻDYM WZGLĘDEM (video)

Komentarze

Więcej w felietony