Zobacz
Do góry

Z drugiej strony. Ho, ho! 1,5 miliarda!

Co niektórych zelektryzowała informacja upowszechniona w środę przez ekonomiczne pismo „Puls Biznesu” brzmiąca tak: „Totalizator Sportowy pracuje nad wehikułem, który zainwestuje w piłkę nożną 1,5 mld zł – w infrastrukturę, system szkolenia i monitoring zawodników”.

Te 1,5 miliarda oczywiście nie zostanie wpompowane jednorazowo, lecz w ciągu 10 lat; i nie w pensje reprezentantów kraju, PZPN, zawodników klubów ligowych i ich trenerów, lecz m.in. w rozbudowę infrastruktury i pensje pracujących z dziećmi i młodzieżą trenerów. Tak „na już” na te cele ma zostać przeznaczonych 300 mln zł.

Aż chce się powiedzieć: no i dobrze, i tak ma być. Bo dzieci i młodzież – dobrze szkoleni, przez kompetentnych i godnie opłacanych trenerów – to gwarancja (choć oczywiście nie 100-procentowa), że przyszłość polskiej piłki nabierze trochę jaśniejszych barw. Niczym zresztą cała ta idea nie różni się od postulatów, które zgłasza się od 40, 30, 20, 10 lat, a i teraz, niemalże… na co dzień. A głównie po każdej dużej piłkarskiej imprezie, nie wyłączając tych, które były dla nas udane. Czyż to nie po igrzyskach olimpijskich w Monachium w 1972 roku, kiedy to zdobyliśmy złoty medal, zrodziła się idea powołania piłkarskich ośrodków szkolenia? I która – według ówczesnej wizji – nigdy nie została zrealizowana?

Mamy oczywiście inne czasy. Niektóre kluby mają swoje akademie, są też rozliczne przedsięwzięcia prywatne – finansowane głównie z pieniędzy rodziców – obliczone na szkolenie, a później na sprzedaż piłkarzy, jest również podręcznik z błogosławieństwem PZPN, w pewnym sensie narzucający zasady szkolenia.

No ale jakie mamy tego efekty w wymiarze międzynarodowym i krajowym? Jeśli chodzi i reprezentację, to spektakularnych (medalowych) sukcesów brak już od… 36 lat, jeśli chodzi o kluby – w ogóle szkoda mówić. A nad poziomem naszej rodzimej ligi płaczą już wszyscy, coraz bardziej intensywnie. I tylko od czasu do czasu wypuszczamy w świat perełkę; cieszymy się nawet wtedy, kiedy junior jeden z drugim zamieni polski klub na jakiś Liverpool czy inny Milan, gdzie z fazy futbolowego raczkowania wyjdzie albo wzmocniony, albo… odrzucony.

Takie przypadki tylko wzmacniają przeświadczenie, że zarówno system szkolenia, jak i cała szeroko rozumiana organizacja futbolu, są w Polsce niewydolne. Gorzej – nie pojawiają się żadne przesłanki pozwalające domniemywać, że już nie będzie byle jak, że na pewno będzie lepiej i że to już tylko kwestia czasu.

Czy pojawienie się takiego giganta, jak Totalizator (nic to, że państwowy, i tak żyje z pieniędzy graczy), zmieni w perspektywie sytuację? Samo sformułowanie, że „Totalizator pracuje nad wehikułem” rodzi pytania. Kto konkretnie pracuje? Skąd ci ludzie się wzięli? Jaką mają wizję? No i jaka ma być struktura wehikułu (zarząd, rada nadzorcza, oddziały wojewódzkie, miejskie itp.); słowem, czy nie stworzy się kolejnego państwowego molocha, z którego parudziesięciu ludzi będzie dobrze żyło, a nasza piłka w dalszym ciągu niewiele będzie miała? Szkoda byłoby tego 1,5 miliarda…

Komentarze

Więcej w felietony