Zobacz
Do góry

Z drugiej strony. Smakosz został grzesznikiem

Mimo że od czarnego przedpołudnia w Arłamowie mijają właśnie dwie doby, selekcjoner Adam Nawałka nadal nie przeprosił za kontuzję Kamila Glika.

Można dobrotliwie założyć, że układa jeszcze treść przeprosin i obmyśla pokutę, ale to chyba jednak nie to. Prawdopodobnie nie poczuwa się do winy. Albo przynajmniej uznał, że dobrze będzie sprawiać takie wrażenie…

Tymczasem uraz pierwszego stopera drużyny narodowej to efekt grzechu zaniechania. Popełnił go szef kadry, który na 10 dni przed wylotem na mundial nie uczynił wszystkiego, by ryzyko kontuzji ograniczyć w zespole do minimum. Wystarczyła krótka dyspozycja: „Panowie, żadnych akrobacji przy zabawie w siatkonogę”.

I tyle. Bez zbędnych tłumaczeń, że za chwilę gramy o wszystko. Że w blasku jupiterów spełniamy największe marzenie z podwórka. Że przed telewizorem zasiądą miliony. Że nie wszyscy z piwem, bo niektórzy z różańcem. Że następny taki turniej dopiero za 48 miesięcy. Albo lepiej – że następnego nie będzie, bo dla wielu to mundial pierwszy i ostatni w życiu.

Zamiast tego wystarczyło jedno zdanie. Takie, które mogło ocalić Glika. Pozostało niestety niewypowiedziane.

Nie trzeba być ekspertem, by wiedzieć, że potraktowanie piłki przewrotką nie jest elementem gry, który należałoby szlifować na treningu – zwłaszcza przez środkowego defensora. To tylko przejaw tendencji do popisu, obliczony na krótki aplauz roześmianych kompanów. Zysk niewielki, potencjalny koszt nie do oszacowania.

Żebyśmy się dokładnie zrozumieli – to nie był pech. To było niedopełnienie obowiązków służbowych. Gdyby selekcjoner zechciał być konsekwentny, najpóźniej dzisiaj wpłaciłby 50 tysięcy złotych na starannie wybrany cel charytatywny. Takie sankcje nałożył przecież na kadrowiczów jesienią 2016 roku po sławetnej aferze alkoholowej. I słusznie, bo jego wybrańcy zachowali się wtedy niegodnie miana reprezentanta kraju.

Teraz jednak sam Nawałka wykazał się jeszcze większym brakiem odpowiedzialności, co zupełnie nie licuje z piastowaną przez niego funkcją. Założenie z góry, że wszystko będzie dobrze to zawsze opcja wygodniejsza. Tyle że selekcjoner – na każdym etapie przygotowań do imprezy czterolecia – musi zakładać, że coś może pójść źle. I eliminować potencjalne zagrożenie już w zarodku.

Jeśli masz lat 30 i uchodzisz za gladiatora, może ci na moment zabraknąć wyobraźni. Ale jeśli masz lat 60 i uchodzisz za mentora, musisz tej roli sprostać każdego dnia. Musisz codziennie od nowa rysować innym bezpieczne ścieżki i stawiać szlabany wszędzie tam, gdzie czyha niebezpieczeństwo. Ujmując rzecz krócej – musisz być od innych mądrzejszy.

Trudno dociec, jaka mądrość kierowała selekcjonerem, gdy podejmował decyzję o udziale w telewizyjnej reklamie parówek. Wiadomo natomiast, że właśnie mocno straciła na aktualności. Pod adresem szefa kadry padają w niej miłe sformułowania – elegancja, fantazja, mistrz strategii. W Arłamowie została tylko elegancja. A i tak w rozumieniu cokolwiek selektywnym…

Więcej w felietony