Zobacz
Do góry

„Barcelona? Stwierdziłem, że mnie to nie interesuje…”

– W Bytomiu było 8 generałów i dwóch żołnierzy. Wszyscy wiedzieli, jak wygrywać, ale nikt nie potrafił tego zrobić – wspomina Mariusz Bacik.

W poprzedniej części Mariusz Bacik opowiadał o swoich początkach z koszykówką. Przedstawiamy ciąg dalszy.

Jak to się stało, że Stal Bobrek, w której nie brakowało wybitnych zawodników, prowadzonych przez uznanych trenerów nigdy nie sięgnęła po mistrzostwo kraju?

– Gdyby klubem rządził tylko Jan Stankowski ten złoty medal na pewno byłby w kolekcji. Do rządzenia wtrącali się też inni, ludzie z huty, która opiekowała się klubem, jacyś ludzie z zewnątrz, których nawet nie znałem. Opowiadali mi starsi koledzy: Zbyszek Pyszniak, Mariusz Sobecki czy Leszek Strzelecki,  o filozofii prowadzenia Stali Bobrek. Huta miała kasę, więc jeśli szefowie uznali, że jeśli wykupią najlepszych zawodników z klubów, które były wyżej od nas w tabeli, to będziemy wygrywać. To bzdurne myślenie. Było za dużo grzybów w barszczu. To tak nie działa – tłumaczy Bacik.

Według niego przykładem modelowego budowania zespołu było Zagłębie w latach 80-tych ubiegłego wieku.

– Mieli Darka Szczubiała, Heńka Wardacha i Justyna Węglorza i na nich opierała się gra. To byli generałowie. Do pomocy mieli m.in. Włodka Środę, Andrzej Żurowskiego czy Janusza Klimka. W Bytomiu natomiast było 8 generałów i dwóch żołnierzy. Wszyscy wiedzieli, jak wygrywać, ale nikt nie potrafił tego zrobić. Dostatek hutniczych pieniędzy był z jednej strony fajny, ale z drugiej wielką przeszkodą. Gdy zabrakło szafy pancernej z huty, a działacze sami musieli szukać sponsorów, nieoczekiwanie przyszły medale.

 

Powrót do domu

Bobry zaczęły się chylić ku upadkowi wraz ze śmiercią prezesa Jana Stankowskiego.

– Zapamiętam jego słowa do końca swoich dni: Mieliśmy spore zaległości. Na tydzień przed śmiercią odwiedziłem go w szpitalu. Powiedział, że dobijemy interesu i już niedługo z wszystkich problemów będziemy się śmiali, a na mecze będziemy latać samolotem. Za tydzień zmarł i ktoś ten „złoty” strzał przechwycił. I skończyło się. Nastąpiła równia pochyła.

Mariusz Bacik zmuszony został do szukania nowego pracodawcy. Z tym nie miał problemów. Już wcześniej mógł wyjechać. Była podobno propozycja z Maccabi Tel Awiw, ale Izraelczycy usłyszeli, że nie jest na sprzedaż. Po mistrzostwach Europy w 1997 roku koszykarzem zainteresowała się z kolei słynna Barcelona.

FOT WLODZIMIERZ SIERAKOWSKI / 400mm.pl

– Chcieli mnie sprawdzić w drugiej drużynie. Uniosłem się honorem i stwierdziłem, że mnie to nie interesuje – opowiada Bacik, który zresztą nigdzie z ukochanego Bytomia nie chciał się ruszać. – Gdyby Bobry nie upadły, to nie sądzę, bym wyjechał – przyznaje były reprezentant Polski.

Życie zmusiło go jednak do szukania nowego pracodawcy. Grał m.in. w Hoop Pruszków, Prokomie Treflu Sopot, Polonii Warszawa, AZS Koszalin, Polfarmeksie Kutno, Big Starze Tychy oraz za granicą w Grecji. Na koniec i tak wrócił do Bytomia. Przed dwoma laty wyszedł nawet na parkiet, w III-ligowej wówczas Polonii.

– Pomagałem w pracy trenerowi Radosławowi Kucińskiemu, ale brakowało nam wysokich zawodników. Musiałem się więc przebrać i pobiegać znów za piłką – tłumaczy.

 

Bacik robi to, co kocha

Co ciekawe powrót na parkiet wypadł prawie w tym samym miejscu, co debiut w ekstraklasie.

– Pierwszy raz co prawda zagrałem w Jeleniej Górze ze Spartakusem, ale za kilka dni mieliśmy kolejny mecz w Wałbrzychu. Przeciwko Górnikowi zdobyłem wtedy cztery punkty, pierwsze w ekstraklasie. Minęło 20 lat i znów byłem w Wałbrzychu. To był mój ostatni zawodowy mecz. I miał ogromne znaczenie. Dzięki wygranej awansowaliśmy do II ligi – wspomina Mariusz Bacik, który od dwóch lat odpowiada za wyniki Polonii. – Cieszę się, że robię to co kocham. Zaczynaliśmy od podstaw. Teraz jesteśmy na drugiej pozycji w tabeli – mówi.

Dzięki Bacikowi i ludziom jemu podobnym, dla których koszykówka to pasja, Bytom znaczy coraz więcej na koszykarskiej mapie Śląska. Gdy zaczynali, szkolenie praktycznie nie istniało.

– Oczywiście, motorem napędowym zawsze jest drużyna seniorów, ale myśmy główny nacisk położyli na szkolenie. Praktycznie przez dekadę nie istnieliśmy na krajowym podwórku. Teraz są klasy sportowe o profilu  koszykarskim i ruszyliśmy do przodu. Liczymy, że nasza drużyna U-18 przebije się do ćwierćfinału mistrzostw Polski, a u U-16 przy odrobinie szczęścia może nawet powalczy o medale – z dumą podkreśla Mariusz Bacik, który najbardziej cieszy się, że w Bytomiu chcą też grać chłopcy z okolicznych miast. – Mamy chłopców z Rudy Śląskiej, Radzionkowa, Tarnowskim Gór a nawet Dąbrowy Górniczej. Chętnie do nas przychodzą, bo widzą, że coś się dzieje dobrego i chcą uczestniczyć w naszym projekcie „Koszykówka Bytom”.

Ambicją działaczy jest gra w  I lidze. – Z całą odpowiedzialnością mówię, że Bytom stać na I ligę. Chcemy opierać się na naszych wychowankach. Chcemy być kopalnią talentów w naszym regionie – zapowiada.

 

Zakręcone wybory

Czy Bacik czuje się spełniony jak sportowiec? – Nigdy nie jest tak, że nie można było osiągnąć więcej. Można było lepiej wykorzystać czas na treningach, podjąć inne, być może lepsze decyzje. Po odejściu z Bytomia mogłem np. zamiast Pruszkowa wybrać Polonię Warszawa, z której też miałem propozycję. Kilka lat później mogłem wyjechać do Belgii, ale skorzystałem z propozycji Asseco Trefla Sopot. Z drugiej strony dzięki temu zostałem mistrzem Polski – mówi i przypomina jak trafił do trójmiejskiego klubu.

– W lecie na zaproszenie trenera Eugenisza Kijewskiego brałem udział w przygotowaniach Trefla, bo nie miał odpowiedniej ilości zawodników. Więc kiedy w trakcie sezonu wypadli mu z gry kolejni gracze od razu zadzwonił do mnie. Ja w tym czasie miałem już nagrany kontrakt w Belgii. Wszystkie szczegóły były ustalone, brakowało jedynie mojego podpisu. Nagle dostałem telefon od Kijewskiego, bym nie podpisywał, tylko natychmiast przyjeżdżał do Sopotu, gdzie zagwarantują mi jeszcze lepsze warunki – opowiada. – Łatwo mu było do mnie zadzwonić, bo dzięki udziałowi w przygotowaniach znałem ich zagrywki – dodaje.

W karierze koszykarza brakuje spektakularnego wyniku z reprezentacją Polski. A przecież wówczas w kadrze grali: Maciej Zieliński, Adam Wójcik, Andrzej Pluta, Dominik Tomczyk, Krzysztof Dryja czy Piotr Szybilski. Najlepszym wynikiem było 7 miejsce w mistrzostwach Europy, które odbyły się w Hiszpanii. Zawody zapamiętane zostały jednak z ćwierćfinałowego meczu z Grecją. Mimo że Polacy wysoko prowadzili, ostatecznie przegrali. – Wtedy sukcesem miało być samo wyjście z grupy. Tymczasem awansowaliśmy do ćwierćfinału. A z Grekami chyba zabrakło nam europejskiego doświadczenia – tłumaczy Bacik. Co zatem spowodowało, że zdobyte w Hiszpanii obycie nie zaprocentowało w kolejnych latach. Nasi koszykarze na lata zniknęli z europejskich parkietów. – Chyba każdy z nas za bardzo skupił się na swojej karierze. Po prostu kadra zeszła na dalszy plan – wyjaśnia Bacik.

FOT PIOTR KIEPLIN / PRESSFOCUS

 

Michał Micor

Włodzimierz Sowiński

 

ZACHĘCAMY DO NABYWANIA ELEKTRONICZNYCH WYDAŃ CYFROWYCH

e-wydania „SPORTU” znajdziesz TUTAJ

 

 

Rozmowa z Marcinem Animuckim o prawach do transmitowania Lotto Ekstraklasy

Komentarze

Więcej w katowicki sport