Zobacz
Do góry

Godlewski, Krótka piłka: Gdy się nie ma, co się lubi…

Trener Legii Ricardo Sa Pinto nie stara się być lubiany nawet w Warszawie. Po prawdzie jednak – nie musi. Trudno bowiem nie zauważyć, że stołeczny zespół zrobił pod kierunkiem Portugalczyka postęp. I to wyraźny, którego absolutnie nie oddaje skromne zwycięstwo w Płocku.

Znacznie bardziej miarodajny jest progres mierzony od pierwszego spotkania z legionistów z „Nafciarzami”, przegranego w sierpniu przy Łazienkowskiej aż 1:4, do niedzielnego rewanżu. Tym razem to obrońcy tytułu, choć do zachwytów nad ich grą jest jeszcze daleko, zdominowali niewygodnego – jak się wydawało – przeciwnika. I stworzyli co najmniej pięć bramkowych okazji. Skutecznością (jeszcze?) nie zaimponowali, ale nie sposób nie oddać, że gra zespołu jest uporządkowana. A tego przed nastaniem kadencji Sa Pinto brakowało przez wiele miesięcy.

Portugalczyk rządzi zespołem z Łazienkowskiej dyktatorskimi metodami, a o tym jak surowy jest wprowadzony przez niego regulamin krążą legendy. Wybiera także dziennikarzy, którym udziela odpowiedzi na konferencjach prasowych. Słowem – nie dba o pozyskiwanie sympatii w klubie i na zewnątrz. Najwyraźniej inni sprzymierzeńcy nie są mu w ogóle potrzebni, skoro cieszy się pełnym poparciem Dariusza Mioduskiego. A można odnieść wrażenie, że po kompletnym niewypale chorwackiego pomysłu na zarządzanie Legią, tym razem 100-procentowy udziałowiec sportowej spółki władzę niemal absolutną przekazał w ręce jednego człowieka.

O czym może świadczyć wybór bazy treningowej na obie części zgrupowania w ojczyźnie Sa Pinto, a także sprowadzenie trzech jego rodaków w roli zimowych wzmocnień. Wielu obserwatorów dostrzega w takim umocowaniu szkoleniowca znanego z krewkiego usposobienia spore ryzyko. Przypominające nawet balansowanie na śliskiej krawędzi na wysokości 30. piętra. Prawda jest jednak taka, że mimo nie najlepszego – czy wręcz kiepskiego – odbioru Ricardo jako człowieka, nikt nie ma podstaw do krytyki jego warsztatu.

Krótka piłka. Oby Brzęczek nie dał się zwariować!

Ba, mimo skreślenia Arkadiusza Malarza i Michała Pazdana, którzy w ostatnich latach mocno pracowali w Legii na miano klubowych legend, trudno zarzucić Portugalczykowi, że niesprawiedliwie traktuje zawodników. Konsekwentnie stawia na tych, którzy pasują do jego koncepcji, i na przykład żadnemu ze sprowadzonych zimą rodaków nie dał na inaugurację miejsca w wyjściowej jedenastce. Co dowodzi, że szanuje hierarchię w zespole, którą sam stworzył. Nadal także buduje i promuje młodych zawodników. Radosław Majecki, Dominik Nagy, Sandro Kulenović i Sebastian Szymański wcześniej nie mieli przecież tak silnej pozycji w drużynie z Ł3. Sa Pinto jest zatem na najlepszej drodze, aby cel sportowy pogodzić ze sprzedażowymi założeniami transferowymi. A przecież o to Mioduskiemu chodziło od początku.

Już dziś można zakładać, że Sa Pinto nie ma co liczyć w Warszawie na równie wdzięczne wspomnienia, jak Stanisław Czerczesow. Na dobrą sprawę, to Portugalczyk zaklepał już sobie miano specjalisty w trzymaniu za twarz piłkarzy i w ćwiczeniu dziennikarzy. Czyli Złego. Co jednak nie zmienia faktu, że widoki na osiągnięcie sukcesów z Legią, większych od wspomnianego Rosjanina, ma naprawdę rozległe.

ZACHĘCAMY DO NABYWANIA ELEKTRONICZNYCH WYDAŃ CYFROWYCH

e-wydania „SPORTU” znajdziesz TUTAJ

 

 

Komentarze

Więcej w Ekstraklasa