Zobacz
Do góry

Kądzior: Zdjęcie z Ronaldo? Jeszcze zdążę

Rozmowa z Damianem Kądziorem, pomocnikiem reprezentacji Polski i Dinama Zagrzeb, byłym piłkarzem m.in. Górnika Zabrze

Pamięta pan, co pan robił 30 czerwca 2016, kiedy Polska grała w ćwierćfinale Euro z Portugalią?

Damian KĄDZIOR: – Lato 2016? Zawodnikiem Wigier wtedy byłem, więc podejrzewam, że pewnie siedziałem w Suwałkach, bo przygotowania do kolejnego sezonu już trwały. Samo spotkanie zaś pamiętam doskonale. Gol Roberta Lewandowskiego…

… i odpowiedź Renato Sanchesa, przeciwko któremu ma pan szansę zagrać w czwartek. No właśnie: to pokazuje skalę zmian w pańskim życiu. Za panem chyba najbardziej niesamowite piętnaście miesięcy w życiu: czwarte miejsce w lidze z beniaminkiem, udział w przygotowaniach do mundialu, powołanie od kolejnego selekcjonera, debiut w reprezentacji… Prawie jak szóstka w totolotka?

Damian KĄDZIOR: – Coś w tym jest (śmiech). Od momentu, w którym trafiłem do Zabrza, wszystko wokół mnie niesamowicie przyspieszyło. Może wynika to po trochu z mojego charakteru: nigdy nie zadowalam się tym, co osiągnąłem. Tak jest i teraz, w Dinamie. Supersprawa, że jestem w takim klubie; jest jednak kolejny cel – grać w każdym meczu w wyjściowym składzie, najlepiej „od deski do deski”. A jeśli będę w Zagrzebiu grać regularnie, będę dostawać i więcej szans w reprezentacji.

No to w zasadzie – patrząc na pańskie statystyki występów – owo „od deski do deski” już pan praktycznie ma w garści?

Damian KĄDZIOR: – Dinamo ma bardzo szeroką kadrę. Liczy 30 zawodników, więc przy okazji każdego spotkania 12 jest poza meczową osiemnastką. Trener dokonuje więc roszad, ale… rzeczywiście gram niemal zawsze – przynajmniej w lidze, a do tego sam jestem ze swoich występów megazadowolony. Czterokrotnie dotąd wybierany byłem „piłkarzem meczu”, choć za mną ledwie siedem gier w większym wymiarze czasowym. Apetyt jednak rośnie w miarę jedzenia. Czekam na to, by zacząć grać, strzelać bramki i asystować również w Lidze Europy.

Rozumiem, że owych 30 ludzi w Dinamie trochę różni się od 30 ludzi – dajmy na to – w Górniku. W Zabrzu w licznej kadrze było wielu nastolatków, dopiero uczących się piłki…

Damian KĄDZIOR: -… jak w większości klubów w Polsce – to prawda. W Górniku rzeczywiście kadra liczyła 26 osób, ale jesienią 2017, kiedy „robiliśmy wynik”, grało nas 12-13. Nawet w meczach Pucharu Polski trener nie zmieniał składu, w myśl zasady: „jak idzie, to się niczego nie zmienia”. Tymczasem w Chorwacji – choć „idzie” i w lidze, i w pucharach – trener rotuje składem. I gra nie traci na jakości.

Rywalizacja na co dzień w zespole jest na zupełnie innym poziomie. Na prawym skrzydle – bo tam widzi mnie trener – mam aż trzech konkurentów. Kiedy więc dostaję szansę w meczu ligowym, po prostu nie mogę zawieść. To musi 90 bardzo dobrych minut, bym na spotkanie Ligi Europy mógł pojechać… choćby na ławkę.

No właśnie: gryzie pana mocno to, że na tej międzynarodowej arenie tak pana mało?

Damian KĄDZIOR: – Często rozmawiam z trenerem Nenadem Bjelicą. Przypomina mi, że ze względu na kontuzję (złamanie zmęczeniowe kości strzałkowej – dop. red.) nie przepracowałem właściwie okresu przygotowawczego. Swoją drogą – historia się powtarza, bo w Zabrzu też nie miałem okazji do pracy z zespołem przed sezonem. Wtedy jednak trener Marcin Brosz mógł wykorzystać pierwszą przerwę na reprezentację do pracy ze mną.

Tutaj w tym samym okresie… wyjeżdżam na kadrę, więc w Zagrzebiu nie mogą mi „dokręcić śruby”. Ale monitorują mnie każdego dnia pod względem fizycznym. I – trochę z przekorą – mówią, że skoro nie przepracowałem odpowiednio lata, a i tak gram dobrze, to… czekają na to, co będzie wiosną, gdy zimą będzie okazja do solidnej pracy.

Trener zapewnia mnie też, że „już za moment” wyjdę też w pierwszej jedenastce na spotkanie Ligi Europy. Bardzo chciałbym zobaczyć, jak wygląda ta piłka europejska od pierwszej minuty. Z Fenerbahce co prawda wszedłem na murawę, ale już przy stanie 4:1: rywale byli całkowicie rozbici, a my też raczej myśleliśmy już o utrzymaniu wyniku.

Może już za dwa tygodnie w Trnawie zagra pan przeciwko Patrykowi Małeckiemu?

Damian KĄDZIOR: – I przeciwko Erikowi Grendelowi. Byłoby fajnie. Zobaczymy, co będzie po reprezentacyjnej przerwie, przecież połowa zawodników Dinama jest tej chwili na zgrupowaniach swych zespołów narodowych. Generalnie natomiast mamy w tym sezonie taki natłok spotkań, że wcale nie narzekam na brak minut na boisku.

Jedna bramka, siedem asyst w lidze chorwackiej. Ktoś mógłby powiedzieć, że tam równie łatwo o „liczby”, jak w polskiej ekstraklasie. I tak właśnie jest?

Damian KĄDZIOR: – W Dinamie moja rola na boisku trochę przypomina mi tę z okresu gry w Wigrach. W Górniku trener Brosz wymagał ode mnie bardzo konkretnych zachowań i sposobów poruszania się; w Suwałkach natomiast byłem „wolnym elektronem”. I teraz jest podobnie: u trenera Bjelicy czasem gram na pozycji numer dziesięć, czasem na prawym skrzydle – ale z możliwością zbiegania do środka, a nawet schodzenia na przeciwległą stronę boiska.

Nie żałuję przeprowadzki do Chorwacji

Od pierwszego dnia pobytu w Zagrzebiu wykonuję też stałe fragmenty gry: chłopaki obdarzyli mnie zaufaniem widząc, że dobrze to wygląda w treningu. Stąd też tyle asyst, a mam nadzieję, że średnią – niemal jedna asysta na mecz – jeszcze poprawię.

Zapytałem trochę prowokacyjnie, bo przecież gra pan w lidze wicemistrzów świata. Co prawda praktycznie nie ma ich na rodzimych boiskach, ale fakt jest faktem.

Damian KĄDZIOR: – Dobrze się czuję na tych boiskach, bo to liga zdecydowanie bardziej techniczna od naszej, a dużo mniej siłowa. Młodzi chłopcy, przychodzący do nas na treningi z juniorów, reprezentują naprawdę świetne umiejętności piłkarskie. Za to taki Wojtek Hajda pewnie mógłby im zaimponować przygotowaniem fizycznym w tym wieku.

Patrzy pan czasem z zazdrością na te ich techniczne fajerwerki?

Damian KĄDZIOR: – Nie. Od każdego oczywiście można się czegoś nauczyć – zresztą tak było też w Górniku – ale nie ma kogoś takiego, na którego patrzyłbym z otwartymi ustami i myślał sobie: „Wow, to jest gość”. Nie czuję się słabszy, nie mam kompleksów piłkarskich. Mówiąc o tych świetnie wyszkolonych młodych zawodnikach mam z tyłu głowy świadomość, że tam na każdego zdolnego 15-, 16-latka chucha się i dmucha z każdej strony, bo za 3 lata będzie on na rynku wart 15 mln euro. I to jest w Dinamie piękne.

Zresztą nie tylko w Dinamie; Rijeka, Osijek, Lokomotiva Zagrzeb – te drużyny, ze względu na bogactwo talentów, grałyby z pewnością w czołówce polskiej ekstraklasy. Samo Dinamo zaś – pewnie nie miałoby żadnych kłopotów z triumfem w niej. Po prostu; o ile w polskich zespołach jest zazwyczaj jeden Kurzawa, jeden Wolsztyński, jeden Żurkowski – by pozostać przy porównaniu z Górnikiem – w czołowych chorwackich klubach takich „Kurzich”, „Wolsztynów” czy „Żurków” jest trzech-czterech. I stąd generalna wyższa jakość drużyny. Łatwiej też samemu się rozwijać, jeżeli wokół siebie ma się wyłącznie partnerów o tak wysokich umiejętnościach.

Nie sposób – rozmawiając o lidze chorwackiej – nie zapytać o fenomen Łukasza Zwolińskiego. W Polsce – określany mianem „niespełnionej nadziei” – był jednym z wielu; tam jest (na razie) czołowym strzelcem. O co chodzi?

Damian KĄDZIOR: – Rozmawiałem kilkukrotnie z Łukaszem. Mam wrażenie, że tam zeszło z niego ciśnienie, że trochę „uwolnił głowę”. Wiemy wszyscy, jak wyglądała jego sytuacja w Pogoni, kontakty z kibicami. Jego Gorica to beniaminek; mały klub bez presji, w którym prezes powiedział zawodnikom jasno: „Skupcie się na każdym kolejnym meczu, a co będzie, to będzie”. Fajnie, że mu „żre”; niech strzela w każdym kolejnym spotkaniu. A że nie będzie to łatwe, pokazał mu mecz z… Dinamem Zagrzeb (1:0 dla Dinama, po asyście Kądziora – dop. red.).

W dwójkę robicie dobrą robotę dla promocji polskiej piłki.

Damian KĄDZIOR: – Tak myślę. W Dinamie mieli przed sezonem listę kilkunastu skrzydłowych, z których chciano wybierać konkretne cele transferowe. A trener Bjelica przyszedł, skreślił ją jednym ruchem i powiedział: „Chcę Kądziora”. Skalę zaufania do niego oddaje fakt, że działacze najpierw wyłożyli pieniądze, a potem… z ciekawością czekali, któż to do nich przyjedzie (śmiech).

Na szczęście – mam wrażenie – na razie ich nie zawodzę; mają powody do zadowolenia z wyłożonych pieniędzy. Łukasza też już doceniono. Szkoda, że Michał Masłowski wciąż jest kontuzjowany, bo wcześniej w Goricy dużo znaczył, był nawet wicekapitanem drużyny. Może dzięki nam Polaków wkrótce będzie więcej w Chorwacji? Bo – widzę to na swoim przykładzie – ta liga to naprawdę krok naprzód.

Po świetnym starcie w fazie grupowej Ligi Europy, mówi się już w pańskim klubie o konkretnym celu na te rozgrywki? Ćwierćfinał? Półfinał?

Damian KĄDZIOR: – Ani słowa! Oczywiście, głównym celem Dinama jest coroczny udział w pucharach, w fazie grupowej: to najlepsza promocja dla kolejnych wychowanków, bo dzięki temu ich cena w trakcie jednych rozgrywek międzynarodowych może wzrosnąć z jednego do siedmiu-ośmiu milionów euro. Natomiast nikt nie nakłada na zespół, na piłkarzy dodatkowej presji. Sami natomiast widzimy, że – po wygranych z Fenerbahce i Anderlechtem – grzechem byłoby nie wykorzystać szansy i nie zapewnić sobie dalszej gry w pucharach, już wiosną.

Już się pan oswoił z myślą: jestem reprezentantem?

Damian KĄDZIOR: – Czuję się świetnie z tym mianem. Daje mi pewność siebie na co dzień w Dinamie. Zresztą to działa w obie strony. Przyjeżdżając teraz na zgrupowanie przed meczami z Portugalią i Włochami wiedziałem, że jestem w dobrym klubie, gram w nim na co dzień, zaliczam asysty i bramki – a to wszystko buduje każdego zawodnika. Czuję – tak potrzebny – luz w tym, co robię. Wiem, że skoro radzę sobie w Zagrzebiu, to i w reprezentacji mogę być przydatny, o ile będę prezentował najlepszą formę. Mam nadzieję, że to się przełoży na kolejne minuty z „orzełkiem”.

Koledzy w Dinamie wiedzieli, że mecz z Irlandią przed miesiącem to pański debiut w reprezentacji?

Damian KĄDZIOR: – Wiedzieli. Były gratulacje z tego tytułu na oficjalnej stronie klubowej, były też gratulacje i w szatni. Zresztą – na jego prośbę – przywiozłem reprezentacyjną koszulkę jednemu z kolegów.

Komu?

Damian KĄDZIOR: – Marinovi Leovacowi, lewemu obrońcy, z którym mam najlepszy kontakt. Doświadczony chłopak, też z epizodem w kadrze chorwackiej, mający w CV wiele dobrych klubów. Teraz, przy kolejnym powołaniu, chłopaki śmiały się w szatni, że jadę tylko po to, by… zrobić sobie zdjęcie z Cristiano Ronaldo. Wiedzą, że to mój ulubiony piłkarz.

No i nie będzie go…

Damian KĄDZIOR: – Nie będzie, więc nawet proponowali: „Nie jedź” (śmiech).

Bardzo pan żałuje, że go nie będzie?

Damian KĄDZIOR: – Bardzo. Nastawiłem się na to, że spotkam go na boisku, że faktycznie po meczu być może zrobię sobie z nim zdjęcie. Od lat to mój idol; cenię go za każdy moment ciężkiej pracy na rzecz tego, by być najlepszym na świecie. I… za samą chęć bycia najlepszym. Wiedzę o nim – każdy film, każdą książkę – mam w małym paluszku. To już w tym roku drugi moment, w którym niejako „się mijamy”. Young Boys Berno po wyeliminowaniu nas z Ligi Mistrzów, trafiło na Juventus… Ale nic straconego; może – zgodnie z zasadą „Do trzech razy sztuka” – dostanę jeszcze szansę spotkania się z nim.

Wrócę na chwilę do tej koszulki: oddał pan trykot z debiutu w kadrze koledze z klubu???

Damian KĄDZIOR: – Nie! Ta, w której zagrałem, z podpisami kolegów z reprezentacji, u rodziców w domu wisi za szkłem! Mam jednak nadzieję, że tych koszulek jeszcze trochę nazbieram, skoro już drugi selekcjoner docenia moje umiejętności!

Na poprzednim zgrupowaniu nie było Kamila Grosickiego. Teraz jest, a więc konkurencja mocniejsza!

Damian KĄDZIOR: – Normalna rzecz w piłce. Jak mówiłem, w Dinamie mam trzech ludzi, którzy zechcą wykorzystać każdy moment mojej słabszej dyspozycji. Ta rywalizacja podnosi jednak adrenalinę i motywację do walki. „Grosik” to superpiłkarz. Może w tej chwili ma trochę kłopotów w klubie, ale przecież umiejętności nikt mu nie zabrał. To – podobnie jak Kuba Błaszczykowski – jedna z legend tej reprezentacji.

Duże słowo – „legenda”!

Damian KĄDZIOR: – A czemu się go bać? Tak naprawdę jeśli się patrzy na karierę „Grosika”, w oczy rzucają się przede wszystkim jego reprezentacyjne – a nie klubowe – dokonania. Zresztą on sam powtarza, że kiedy zakłada koszulkę z „orzełkiem”, od razu dostaje 30 procent mocy więcej! Bardzo go za to cenię. No i zarówno jego, jak i Kubę, uważnie podglądam na każdym treningu. Chciałoby się mieć taki gaz, jak Kamil. A z drugiej strony – to jest konkurencja.

Trzeba się jak najlepiej „sprzedać” na każdym treningu, bo przecież tak niewiele ich jest, i zazwyczaj nie są długie. A potem liczyć na to, że trener twoje nazwisko wymieni na odprawie przedmeczowej. Bo to jeden z najważniejszych celów na najbliższy czas: dokładać statystki reprezentacji, czyli zaliczać kolejne mecze, minuty, asysty, bramki.

Zawsze mówił pan w wywiadach o mocnych związkach z najbliższymi. Rodzice będą w Chorzowie?

Damian KĄDZIOR: – Owszem; są od środy w Katowicach. Co prawda tato jest pracoholikiem, zawsze brakuje mu czasu i chciał się wymigać od wcześniejszego przyjazdu, ale dla mnie rodzina jest strasznie ważna. Więc powiedziałem mu stanowczo: „Musisz być wcześniej; syn jest najważniejszy” (śmiech). No i jest! Cieszy mnie to, bo przecież do Chorwacji mają znacznie dalej niż do Zabrza czy Suwałk, i do tego trzeba sobie zawsze zaplanować więcej czasu na pobyt tam. Dlatego mogą bywać w Zagrzebiu dużo rzadziej, niż tego byśmy sobie wszyscy życzyli. Ale raz już byli.

Zapytałem o najbliższych, bo przecież jest pan świeżo upieczonym mężem. I – jak pokazuje rzeczywistość boiskowa – małżeństwo panu służy, czyż nie?

Damian KĄDZIOR: – Za twoimi sukcesami zawsze stoi kobieta. Jeżeli jest źle w domu, to i na boisku będzie to widać. U mnie na boisku jest – jak widać – całkiem dobrze, co oznacza, że w życiu prywatnym jest OK. Doceniam bardzo to, że małżonka poświęciła wszystko dla mojej kariery; że jest ze mną w Chorwacji; że wspiera mnie co dzień.

Przyzwyczajacie się do bałkańskiego stylu życia?

Damian KĄDZIOR: – Oczywiście, bo jest interesujący. W Chorwacji przecież nie jesie się kolacji w domu, ale zawsze na mieście – i siedzi przy niej 2-3 godziny, rozmawiając i pijąc wino. W klubie namawiano mnie: „Bierz chorwackie, jest najlepsze na świecie”. Więc rzeczywiście lampkę wina do kolacji zdarza się nam wypić w restauracji. Za to nijak nie potrafię sobie „przetłumaczyć” tego, że miejscowi potrafią o 23.00 wypić filiżankę espresso – i zasypiają po niej bez problemu. Ja się raczej nie skuszę… Za to zdarza mi się na rozpoczęcie dnia, przed treningiem, wypić kawkę z chłopakami z drużyny, czego w Polsce nie robiłem.

Można się zakochać w bałkańskich klimatach?

Damian KĄDZIOR: – Zagrzeb jest pięknym miastem, a miejscowa kuchnia – wszystkie te świeże ryby, owoce morze – to megasprawa. Koło domu mamy targ, małżonka – zachwycona nim – potrafi długo wybierać owoce, warzywa, rybki właśnie. Mam wrażenie, że to taka nasza „przymiarka” do kraju, w którym chcielibyśmy kiedyś mieszkać, a do którego stąd jest tak naprawdę bardzo niedaleko.

Czyli?

Damian KĄDZIOR: – Zawsze chcieliśmy zamieszkać we Włoszech. Wielu chłopaków z kadry się udało, więc wierzę, że i mnie się uda.

No to trzeba w niedzielę zagrać popisowo przeciwko „Squadra Azzura”.

Damian KĄDZIOR: – Popisowo trzeba grać na co dzień, w barwach Dinama. Tam tych skautów i agentów jest na każdym meczu mnóstwo.

Widzę, że bardzo precyzyjne są pańskie plany na najbliższe miesiące i lata?

Damian KĄDZIOR: – Wie pan, życie piłkarskie jest piękne dlatego, że można marzyć i – oczywiście dzięki ciężkiej pracy każdego dnia – te marzenia spełniać. A ja jestem takim człowiekiem, który właśnie każdego dnia chce więcej. Sam jestem ciekaw, dokąd starczy mi umiejętności!

 

e-wydania „SPORTU” znajdziesz TUTAJ

 

Komentarze

Więcej w katowicki sport