Zobacz
Do góry

Laszkiewicz: Żaden tytuł nie przyszedł mi łatwo

– Po każdym złotym medalu byłem tak „wypruty”, że chciałem tylko nogi wyciągnąć do góry i odpoczywać – mówi Leszek Laszkiewicz, znakomity hokeista, który w piątek oficjalnie zakończy karierę sportową.

Dzisiaj przed meczem JKH GKS Jastrzębie – Automatyka Gdańsk nastąpi oficjalne pożegnanie kończącego karierę sportową wybitnego hokeisty, Leszka Laszkiewicza.

Bogdan NATHER: Wybór hokeja na lodzie to przede wszystkim zasługa starszego brata Daniela?

Leszek LASZKIEWICZ: – Jako młody chłopak uprawiałem kilka dyscyplin. Oprócz hokeja, który był dla mnie numerem jeden, grałem w piłkę nożną, siatkówkę, koszykówkę. Od zawsze byłem ambitny i nienawidziłem przegrywać, co nie zawsze podobało się moim kolegom i rywalom na boisku. Oczywiście fakt, że Daniel uprawiał hokej, przekonał mnie, że dokonałem właściwego wyboru.

Z drugiej strony, czy wybór mógł być inny, skoro mieszkałem kilkaset metrów od lodowiska? Poza tym naprzeciwko bloku, w którym wówczas mieszkaliśmy, były akweny, które zimą zamarzały. Jaka może być większa frajda dla młodego chłopaka, od tego by się poślizgać na skutym lodem bajorku? No i trzeci element – trafiłem na właściwego trenera, Jacka Dywana.

A czy to prawda, że niewiele brakowało, by to właśnie on „zwichnął” panu karierę?

Leszek LASZKIEWICZ: – Trener Dywan słynął z twardej ręki i taki jest do tej pory w pracy z młodzieżą. Kiedyś latem odbijałem z kolegą piłkę o bandy lodowiska. Tak byliśmy zajęci futbolem, że nie zauważyliśmy, że rozpoczął się trening. Dołączyliśmy do ćwiczących kolegów, ale trener Dywan w krótkich żołnierskich słowach powiedział nam, co mu leży na wątrobie i najzwyczajniej w świecie wyrzucił nas z treningu, stwierdzając, że nie chce nas widzieć.

 

„Laszka” zakończył karierę w klubie, w którym ją rozpoczynał. Był i pozostanie dla młodszych kolegów wzorem do naśladowania. Fot. Rafał Ruszek

Pomyślałem sobie wtedy, że nic takiego się nie stało, bo przecież nie wyrzuci z drużyny jej najlepszego strzelca. W domu rodziców czekałem na telefon od trenera, a tu… cisza. Bodajże po trzech dniach poszedłem do trenera i ze łzami w oczach prosiłem go, by pozwolił mi wrócić do drużyny. Ustąpił, ale dla mnie była to nauczka, że w hokeju najważniejsza jest dyscyplina. Już nigdy więcej nie dałem trenerowi Dywanowi powodu, by mnie wyrzucił z zajęć.

Zabrakło tylko olimpiady

W pańskim imponującym CV brakuje tylko jednego…

Leszek LASZKIEWICZ: – Występu na igrzyskach olimpijskich?

Żałuje pan, że na nich nie zagrał?

Leszek LASZKIEWICZ: – Pewnie, że mnie to troszeczkę boli, bo marzeniem każdego sportowca jest wyjazd na olimpiadę. W moich czasach znacznie trudniej było jednak awansować na olimpiadę, bo rozpadł się Związek Radziecki, a na jego gruzach wyrosło kilka silnych reprezentacji – Rosja, Ukraina, Białoruś, Kazachstan, Łotwa. Namiastkę olimpiady dostałem, wyjeżdżając na Zimową Uniwersjadę, która odbyła się w Korei Południowej. Graliśmy na tych samych lodowiskach, na których potem walczyli hokeiści w igrzyskach olimpijskich. Nigdy na olimpiadzie nie wystąpiłem, ale jej smaczek poczułem.

Jako nastolatek trafił pan do niemieckiego zespołu Nuernberg Ice Tigers. To gra w tym zespole ukształtowała pana jako hokeistę?

Leszek LASZKIEWICZ: – Dzięki pomocy Andrzeja Frysztackiego, późniejszego prezesa JKH GKS Jastrzębie, wyjechałem na testy do Niemiec, do klubu z Norymbergi. Po pewnym czasie trenerzy „Tygrysów” stwierdzili, że nadaję się do tej drużyny i występowałem w niej przez dwa lata.

W pierwszym roku najczęściej grałem w trzeciej piątce, czasami w drugiej albo w pierwszej. Nieskromnie powiem, że ten premierowy sezon miałem świetny. Otrzymałem propozycje z kilku innych klubów, ale wspólnie z panem Frysztackim stwierdziliśmy, że korzystniej będzie zostać w zespole z Norymbergi.

Potem jednak wydarzenia zaczęły nabierać tempa. Odszedł rosyjski trener Vassiljev, w jego miejsce przyszedł Słowak Peter Ihnaczak. Miałem świetne wejście w sezon, bo w trzech meczach zdobyłem 4 punkty, mimo tego nie miałem wysokich notowań u nowego trenera. Po dwóch latach musiałem zakończyć swoją przygodę z Nuernberg Ice Tigers, ale podczas gry w tym zespole wiele się nauczyłem, najwięcej jeżeli chodzi o taktykę.

Szacunek dla starszych

Najlepszy hokeista, z jakim kiedykolwiek pan grał w jednym zespole? Może Craig Adams, z którym zetknął się pan w Milano Vipers, a który z Carolina Hurricanes w 2006 roku zdobył Puchar Stanleya?

Leszek LASZKIEWICZ: – Faktycznie, grałem z Adamsem, który trzykrotnie sięgał po Puchar Stanleya. Po raz pierwszy – jak pan wspomniał – z Carolina Hurricanes. Potem przeniósł się do Pittsburgha i z „Pingwinami” też triumfował w Pucharze Stanleya. Ma zatem dwa pierścienie (każdy członek mistrzowskiego składu otrzymuje pamiątkowy pierścień – przyp. BN) ). Grałem z nim w jednej piątce, a on po zakończeniu lockoutu wrócił za Ocean i przeniósł się właśnie do Carolina Hurricanes.

Czy był jednak najlepszy spośród tych, z którymi grałem? Mam wątpliwości, bo w NHL grywał w trzeciej, a nawet czwartej piątce. Był typowym napastnikiem od „czarnej roboty”. Nie był może wybitnym hokeistą, ale był fajnym kolegą. W Norymberdze miałem też okazję grać z Rosjaninem Siergiejem Bierezinem. Przyjechał wtedy do nas i wystąpił w kilku sparingach. Mimo że był bardzo krótko, widać było jego niesamowite umiejętności i klasę.

Polscy hokeiści są na pańskiej liście najlepszych?

Leszek LASZKIEWICZ: – Zawsze szanowałem zawodników starszego pokolenia. Przychodząc do Unii Oświęcim, grałem z takimi zawodnikami jak Waldek Klisiak, Adrian Parzyszek, Jacek Zamojski, Roman Steblecki, Sebastian Gonera czy Mariusz Puzio. Byłem 10 lat młodszy od nich, a mimo to grałem z nimi w pierwszej lub drugiej piątce.

To była grupa wspaniałych współpartnerów, od których wiele się nauczyłem. Mogę powiedzieć, że moja kariera od 16. do 21. roku życia świetnie się rozwijała. Z każdym rokiem poprzeczka była zawieszona wyżej. Dzięki takim tuzom mogłem przez tyle lat grać na dobrym poziomie.

Jako młody chłopak pewnie marzył pan o występach w NHL…

Leszek LASZKIEWICZ: – Nie wybiegałem tak daleko w przyszłość, ani w marzenia. Może dlatego, że w tamtych czasach mieliśmy w Jastrzębiu odkryte lodowisko. Nie mieliśmy ekstraklasowej drużyny, więc nie mieliśmy takiego „oka” na wielki świat, na najlepsze ligi.

Powiem szczerze, wtedy jeszcze nie wiedziałem, że wszystko to tak fajnie wygląda. Z biegiem czasu to się zmieniało, oglądałem mecze NHL, podpatrywałem znakomitych zawodników, ale nie miałem ciągot do tej ligi. Moja droga na szczyt była ciężka, ale z drugiej strony nie mogę narzekać, bo wywodząc się z klubu, w którym adepci hokeja trenowali w spartańskich warunkach, osiągnąłem naprawdę bardzo dużo.

Skreślony z powodów politycznych

Niewielu kibiców wie, że był pan o krok od gry w KHL. Dlaczego się nie udało?

Leszek LASZKIEWICZ: – Przez miesiąc trenowałem z rosyjskim Mietałurgiem Niżnikamsk. Siedemnastu obcokrajowców walczyło o sześć miejsc, bo taki wtedy był limit zagranicznych hokeistów w KHL. Teraz to już tylko gdybanie, ale byłem bliski angażu. Po okresie ciężkich treningów i sparingów, które wytrzymywałem fizycznie, dostaliśmy kilka dni wolnego. Zostało ośmiu obcokrajowców, z których dwóch trener musiał odrzucić. Ja znalazłem się w tej dwójce.

Poznał pan powody rezygnacji z pańskich usług?

Leszek LASZKIEWICZ: – Trener pochodził z Białorusi, wyjechał na kilka dni do siebie i został wezwany przez prezydenta kraju, Aleksandra Łukaszenkę. Ten mu zapowiedział, że jeżeli odrzuci któregoś z białoruskich hokeistów, a było ich akurat sześciu, to nie ma czego szukać w ojczyźnie. No i stałem się ofiarą politycznego spisku (śmiech). Później w Pucharze Kontynentalnym grałem przeciwko drużynie prowadzonej przez tego trenera. Wyjaśnił mi wszystko, a na zakończenie powiedział: „Leszek, przepraszam…”.

Jaki sukces dostarczył panu najwięcej satysfakcji, albo przyszedł z największym trudem?

Leszek LASZKIEWICZ: – Osiem razy byłem mistrzem Polski, raz mistrzem Włoch i żaden tytuł nie przyszedł łatwo, był dla mnie powodem do dumy. Złote medale, które zdobywałem z Unią Oświęcim i Cracovią oraz w Mediolanie, były esencją całego sezonu, ciężkiej pracy, jaką wykonywaliśmy na treningach.

Laszkiewicz kończy

Może z trybun wygląda to inaczej, ale w polskiej lidze – zwłaszcza w fazie play off – nie ma łatwych meczów. Towarzyszy nam olbrzymia presja, ale przede wszystkim ogromne zmęczenie, bo odczuwamy nie tylko trudy treningów, ale również kilkudziesięciu rozegranych meczów.

W trakcie jednego sezonu grałem 80-90 meczów, bo oprócz ligi i sparingów były przecież jeszcze mecze w Pucharze Polski, w pucharach kontynentalnych oraz w reprezentacji. Zawsze byłem bardzo zmęczony, więc trudno byłoby mi wskazać trofeum, które przyszło mi łatwiej, a które trudniej. Po każdym złotym medalu byłem tak „wypruty”, że chciałem tylko nogi wyciągnąć do góry i odpoczywać. A tu przede mną zawsze były jeszcze zgrupowanie reprezentacji i mistrzostwa świata.

Łezka w oku

Był pan zaskoczony, że po niedawnym finale Pucharu Polski z Podhalem Nowy Targ kapitan JKH GKS Jastrzębie Radosław Nalewajka podjechał do pana i przekazał okazałe trofeum? Taki symboliczny hołd ucznia dla swojego mistrza…

Leszek LASZKIEWICZ: – Przed finałowym meczem Radek napomknął mi, że jeżeli zdobędziemy puchar, to chciałby mi go wręczyć. Powiedziałem mu: „Radek, to jest twój pierwszy finał Pucharu Polski, musisz skoncentrować się na meczu, a nie na tym, co zrobisz po jego zakończeniu”. Nie ukrywam jednak, że jak chłopcy wygrali to spotkanie i Radek podjechał do mnie z pucharem, wzruszyłem się.

Z Leszkiem Laszkiewiczem (z lewej) w składzie Cracovia pięć razy sięgnęła po tytuł mistrza Polski. Fot. Rafał Jacniak/PressFocus

Gdy skandowano moje nazwisko, łza popłynęła z oczu, byłem przeszczęśliwy. To było bardzo miłe, podobnie jak odzew całego środowiska, które pochwaliło gest chłopaków wobec mnie. Kiedy potem rozmyślałem o tym na chłodno, uznałem, że to był wielki zaszczyt dla mnie.

Chłopcy docenili mój trud, jaki włożyłem grając z nimi i ile serca wkładam we wspólną pracę na treningach oraz w meczach. Pewnie byłem ich mentorem… Cieszyłem się podwójnie, bo spośród czterech zespołów uczestniczących w decydującej rozgrywce, mieliśmy najniższy budżet i – teoretycznie – najmniejsze szanse na zwycięstwo w tym turnieju.

Prezes JKH Kazimierz Szynal powierzył panu funkcję dyrektora sportowego. To będzie dla pana chyba łatwizna, biorąc pod uwagę pańskie doświadczenie, kontakty, znajomości

Leszek LASZKIEWICZ: – Byłem bardzo zadowolony, że otrzymałem taką propozycje od prezesa Szynala. Jestem ambitnym człowiekiem, na razie wdrażam się w zagadnienia, za które będę odpowiadał. Owszem, mam duże doświadczenie, które chcę spożytkować dla dobra klubu i drużyny.

Byłem przy tym zespole, który przed kilkoma laty zaczęto budować. Nie mam jednak wątpliwości, że nie będzie to dla mnie łatwe, ani przysłowiowa bułka z masłem. Polskie kluby nie są tak bogate, jak na zachodzie Europy.

W niemieckim klubie Nuernberg Ice Tigers Leszek Laszkiewicz zrobił milowy krok w swojej karierze. Fot. Archiwum Bogdana Nathera

Tam wszystko jest poukładane, nakłady finansowe są znacznie większe w każdej dziedzinie, od bazy począwszy, poprzez szkolenie młodzieży, na zespole seniorów kończąc. W Polsce jest zupełnie inaczej. Złotówkę ogląda się z każdej strony. Będę musiał podejmować decyzje w sposób odpowiedzialny, czasami może nawet kontrowersyjny.

Będzie zależało mi na tym, by wszyscy podążali w jednym kierunku, oczywiście dla dobra klubu. JKH powinien cały czas rozwijać się, iść do przodu. Trenerzy Robert Kalaber i Rafał Bernacki wykonują świetną robotę, ale wiele jeszcze można poprawić. Wiele zależy oczywiście od pieniędzy, ale przede wszystkim od większego zaangażowania nas wszystkich.

Przymierza się pan do napisania biografii? To jest ostatnio modne.

Leszek LASZKIEWICZ: – Kiedyś otrzymałem taką propozycję, ale na razie niczego takiego nie planuję. Ostatnio udzieliłem tylu wywiadów, że duża część mojej historii została już spisana. Na razie wystarczy. Ale jeżeli kiedyś zajdzie taka potrzeba, nie powiem „nie”.

 

Na zdjęciu: Zwieńczeniem kariery Leszka Laszkiewicza (z lewej) było zdobycie Pucharu Polski przez JKH GKS Jastrzębie. Obecny kapitan JKH Radosław Nalewajka wykonał wobec mistrza miły gest.

 

 

Leszek LASZKIEWICZ

urodzony 11 sierpnia 1978 roku w Jastrzębiu Zdroju. Kluby: GKS Jastrzębie, SMS I Sosnowiec, Nuernberg Ice Tigers (Niemcy), KTH Krynica, Unia Oświęcim, HC Vitkovice (Czechy), HC Hawirzów (Czechy), Unia Oświęcim, HC Milano Vipers (Włochy), Cracovia, GKS Jastrzębie, Cracovia, 1928 KTH Krynica, JKH GKS Jastrzębie. W reprezentacji Polski rozegrał 216 meczów, zdobywając 89 goli i 61 asyst. Zdobył 8 tytułów mistrza Polski (3 z Unią, 5 z Cracovią), trzy tytuły wicemistrza Polski (2 z Cracovią, 1 z JKH), Puchar Polski (z Unią), mistrzostwo i Puchar Włoch (z Milano Vipers), wicemistrzostwo Niemiec (z Nuernberg Ice Tigers). W polskiej ekstraklasie rozegrał 856 meczów, zdobywając w punktacji kanadyjskiej 1065 punktów (509 goli i 556 asyst).

 

ZACHĘCAMY DO NABYWANIA ELEKTRONICZNYCH WYDAŃ CYFROWYCH

e-wydania „SPORTU” znajdziesz TUTAJ

Komentarze

Więcej w hokej