Zobacz
Do góry

Mucha nie siada. Radwańska: cudowny wybryk czy niespełniony geniusz

Czarny dzień polskiego tenisa – zawyrokował pogrzebowo Robert Radwański na wieść o rzuceniu przez córkę rakietą w diabły. Niby z dystansu czuć w tym sporą przesadę, ale jednak coś na rzeczy może być, choć intensywność tej czerni zweryfikuje przyszłość.

Jasne, sama krakowianka od jakiegoś czasu podgrzewała palnik, ale szoku nie sposób było uniknąć. Zwłaszcza że karierę postanowiła zakończyć kobieta niespełna 30-letnia, a więc w kwiecie sportowego wieku, w którym wielu jej rówieśników dopiero osiąga szczyt możliwości i zaczyna zbierać frukta. Tenis ma jednak swoją specyfikę – w światowej czołówce Agnieszka Radwańska była wszak grubo ponad dekadę. Dziś na korcie stała się weteranką, co niestety miało swoje konsekwencje. Tak lubiany przez kibiców i fachowców jej techniczny styl gry – ileż to razy wygrywała plebiscyt na zagranie miesiąca i roku! – coraz rzadziej przynosił powodzenie w rywalizacji z młodością bazującą na fizycznej sile bum-bum.

Żegnamy dziś Mistrzynię, ale pojawiające się tu i ówdzie pytania z gatunku „czy ona coś poważnego w ogóle wygrała?” nie są odosobnione; świadczą o tenisowej ignorancji Polaków, ale w pewien sposób uzasadnia ją brak tytułu wielkoszlemowego. Faktem jest, że Radwańska nie została ulubienicą tłumów, a miłość do niej była swego rodzaju wyzwaniem. Większą estymą zawsze cieszyła się za granicą niż w domu, gdzie wytykano jej raczej, że znowu coś ważnego przegrała niż zauważano, że wygrała; podkreślano, że nie wykorzystuje w pełni potencjału, że jest konserwatywna w stylu gry, że trzyma się kurczowo trenera, itd., itp.

Tak, z tej perspektywy pozostanie geniuszem niespełnionym, ale nie ma nauki, która by udowodniła, że Agnieszka faktycznie mogła zdobyć więcej. A co, jeżeli nie jesteśmy w stanie pokonać własnych ograniczeń – sportowych, fizycznych, mentalnych, innych? Czy zresztą nie jest aby na odwrót, a Radwańska nie była cudownym wybrykiem marnego przecież w sumie polskiego tenisa?

Świątek: Nie mogłam osiągnąć więcej

Idolką narodu nie stała się jednak także, sądzę, z powodu zamkniętej osobowości i kilku wizerunkowych wpadek na korcie i poza nim (na czele ze zrównaniem „świętości” igrzysk ze „zwykłym” turniejem), czy przez oschłe w sumie relacje z mediami (z naciskiem na te rodzime). Cóż, nikt z nas nie jest doskonały. Osobiście nie osądzałbym łatwo dziecka z rodziny rozbitej i pozostającego długo pod wpływem dominującego charakteru ojcowskiego. Sport nie jest sterylną bańką, a o sukcesie bądź jego braku decyduje nie tylko suma talentu i jakości pracy.

Osobiście mój stosunek do Radwańskiej ewoluował w kierunku nadwyżki szacunku im gorzej – paradoksalnie – szło dziewczynie na korcie. W tym miejscu już parę razy – zanim koniec kariery krakowianki w ogóle jawił się na horyzoncie – wieszczyłem, że będziemy niedługo z rozrzewnieniem wspominać nawet „marne” półfinały i ćwierćfinały Polki, bo na horyzoncie nie widać godnej następczyni. Pisałem to, zanim w ostatnich miesiącach z taką intensywnością ujawnił się talent Igi Świątek, ale tamtych słów nie odwołuję – nastolatka z Warszawy jest dopiero na starcie wyboistej drogi, którą z podniesionym czołem przebyła Mistrzyni, i wcale nie ma gwarancji powodzenia. Nie po każdym Małyszu rodzi się Stoch – to raczej anomalia niż zasada.

Komentarze

Więcej w felietony