Zobacz
Do góry

Piłka ręczna. Wypłynął z Angoli

22-letni Jędrzej Zieniewicz wykorzystał szansę w Gwardii, którą otworzyły przed nim kontuzje doświadczonych rozgrywających.

Siedem bramek z Pogonią Szczecin, pięć z Piotrkowianinem. Wreszcie osiem w ostatnią sobotę z MMTS-em Kwidzyn – to dorobek Jędrzeja Zieniewicza w tegorocznych meczach PGNiG Superligi. Wszystkie zakończyły się wygraną drużyny z Opola, która nieoczekiwanie awansowała już na czwarte miejsce w tabeli. A pozyskany latem niespełna 22-letni rozgrywający rodem z Zielonej Góry okazał się jednym z kluczowych zawodników przetrzebionej kontuzjami Gwardii. I kolejną perełką – po Patryku Mauerze, Michale Lemaniaku, Karolu Siwaku czy Janie Klimkowie – wyłowioną i szlifowaną przez duet trenerski Rafał Kuptel i Michał Skórski.

– Sam też jestem miło zaskoczony, że tak to fajnie ostatnio wyszło. Jeszcze jesienią grywałem po kilka minut. Teraz – przy kontuzjach Antka Łangowskiego, Wiktora Kawki i Kamila Mokrzkiego – nagle dostałem szansę gry po kilkadziesiąt. Tylko w jednym meczu z Pogonią zdobyłem więcej bramek niż we wszystkich poprzednich razem. I super, że nie ponieśliśmy strat w ostatnich spotkaniach, bo teraz czekają nas potyczki z Orlen Wisłą i Azotami, w których o punkty będzie bardzo trudno – zauważa zawodnik.

Nie ma się czego bać

Zieniewicz zaimponował w sobotę odpornością nerwową, gdy zdobył decydujące bramki w ostatnich minutach meczu z drużyną z Kwidzyna. – Czarną robotę zrobili koledzy, ja tylko musiałem wykorzystać świetne okazje – mówi skromnie. – Ale trafiłem osiem rzutów na dwanaście, to całkiem przyzwoita skuteczność – dodaje.

Przełomem był sparingowy mecz, gdy w grudniu do Opola zawitała szykująca się do mistrzostw świata reprezentacja Angoli. – Rzuciłem wtedy pięć bramek, a z pięć innych padło po rzutach karnych podyktowanych na mnie. Wtedy przekonałem się, że nie ma się czego bać. Oczywiście błędów wciąż popełniam sporo, bo przeskok z pierwszej ligi do superligi jest ogromny. Ostatnie pół roku to dla mnie szok, zwłaszcza jeżeli chodzi o tempo i szybkość gry czy ustawianie się na boisku – przyznaje rozgrywający.

Im mniej, tym… lepiej

Idealne miejsce

Tata Jędrka chciał, by syn został piłkarzem, ale nie wyróżniał się na tle rówieśników i od czwartej klasy szkoły podstawowej trafił do szkolnego klubu piłki ręcznej. W poprzednim sezonie dla pierwszoligowego AZS-u Zielona Góra zdobył już 153 bramki.

Zieniewicz jest dobitnym przykładem, jak dziurawy jest system szkolenia w Polsce, przez co szwankuje wyławianie zdolnego narybku. Jako młodzik lub junior nigdy nie był powołany do żadnej reprezentacji Polski. Ale „szperacze” z Opola wypatrzyli go na akademickich mistrzostwach Polski w 2017 roku. – Wtedy do podpisania umowy jeszcze nie doszło i może dobrze, bo zawsze lepiej grać niż siedzieć na ławie. Udało się dopiąć wszystko dopiero rok później. Podpisałem kontrakt na dwa lata, a więc jeszcze na kolejny sezon.

Czuję się w Opolu bardzo dobrze, to chyba idealne miejsce na wejście do poważnej piłki ręcznej, bo jest tu grupa zawodników doświadczonych, od których można się wiele nauczyć, a zarazem sporo moich rówieśników lub nawet młodszych, jak Maciek Zarzycki, Janek Klimków, Mateusz Morawski czy Patryk Mauer – podkreśla Zieniewicz, na co dzień student III roku logistyki na Uniwersytecie Zielonogórskim. – Właśnie zaliczyłem zimowy semestr, a za rok chciałbym zrobić inżyniera. Nie jest łatwo wszystko pogodzić, ale zaszedłem już tak daleko, że muszę studia zakończyć.

 

Na zdjęciu: Jędrzej Zieniewicz to kolejna „perełka” odkryta przez duet trenerski Rafał Kuptel – Michał Skórski.

ZACHĘCAMY DO NABYWANIA ELEKTRONICZNYCH WYDAŃ CYFROWYCH

e-wydania „SPORTU” znajdziesz TUTAJ

Komentarze

Więcej w piłka ręczna