Zobacz
Do góry

Z drugiej strony. Przydałaby się czapka Mikołaja

Od świętego Mikołaja – wszak mamy 6 grudnia – polski sport mógłby oczekiwać pomysłu, jak sprawić, by w innych grach drużynowych wychować odpowiedników Kurków, Kubiaków czy Drzyzgów – tak, by na arenie międzynarodowej odgrywać rolę, jaką pełnią dziś dwukrotni z rzędu mistrzowie świata w siatkówce.

W futbolu, hokeju, koszykówce i piłce ręcznej bierzemy tęgie lanie, a tegoroczne imprezy były dla kibiców i sportowców jednym wielkim pasmem rozczarowań, na czele z piłkarskim mundialem w Rosji, pamiętając też o spadku hokeistów do trzeciej ligi czy o fakcie, że do grona bijących się o zaszczyty nawet nie przebiły się siatkarki, koszykarki czy piłkarze ręczni (nie tak dawna „potęga”).

Właśnie przeżywamy ostatni w tym 2018 twardy upadek – na mistrzostwach Europy piłkarek ręcznych, gdzie po trzech meczach wracamy do domu, walkę o medale zostawiając Dunkom, Szwedkom czy Serbkom.

Co prawda do historycznego sukcesu po pół wieku – którym jest sam awans! – właśnie sposobią się koszykarze, ale nie zmienia to generalnej oceny: jedna jaskółka wiosny nie czyni, a drużyna Mike’a Taylora skrzętnie wykorzystała fakt, że najlepsi Włosi i Chorwaci w swoich reprezentacjach nie grają (pomińmy powody) – gdyby było inaczej, mundial w baskecie też pozostałby pewnie mrzonką.

Co takiego mają więc siatkarze, czego nie mają lub czego brakuje ich koleżankom i kolegom z boisk, lodowisk i parkietów? Nad tym zagadnieniem głowią się od lat fachowcy, ale jedynym rozwiązaniem, jakie znajdują i wprowadzają w życie jest tradycyjnie zwolnienie trenera odpowiedzialnego za drużynę.

To przecież on – jeden człowiek – odpowiada za całe zło dyscypliny: nabór, selekcję, szkolenie, wychowanie, psychologię, wreszcie taktykę i umiejętność trafienia w bramkę…

We wtorek reporterka TVP Sport tak długo pytała Leszka Krowickiego, czy złoży dymisję z prowadzenia kadry szczypiornistek, aż prawie wyprowadziła z równowagi nader kulturalnego zwykle szkoleniowca.

Czy będzie równie dociekliwa w przepytywaniu prezesów, co zrobili dla popularyzacji i upowszechnienia piłki ręcznej przynajmniej od 2007 roku, gdy za sprawą drużyny Bogdana Wenty polski handball wyszedł z zaścianka?

Czy zapyta ile dzieci gra w piłkę ręczną? I dlaczego od trzech lat nie ma chętnego klubu w Polsce, by awansować do żeńskiej tak zwanej superligi? Jak najlepszy przedstawiciel tejże superligi wypadł w Europie i dlaczego we własnej hali zebrał lanie kilkunastoma bramkami (!) od wicemistrza Niemiec? Pytań można by mnożyć.

Od każdej reprezentacji oczekujemy cudu co najmniej takiego, jakiego dokonali chłopcy Czesława Michniewicza, eliminując Portugalczyków na drodze do młodzieżowych mistrzostw Europy; nasze kluby mogą dostawać w łeb od drużyn z Luksemburga, ale kadra ma już bić się jak równy z równym z potęgami.

Od dziewczyn Krowickiego żądamy, by utarły nosa Skandynawkom, Niemkom, Francuzkom czy tym z Bałkanów, ale złożona z samych kadrowiczek najlepsza polska drużyna klubowa nie potrafiła się przebić do fazy grupowej żadnego z dwóch pucharów. Więc jak?

Niestety, poza bezwzględną krytyką i wyrzucaniem na bruk trenerów na samym szczycie piramidy, wciąż liczymy na magiczne zaklęcia, które zaczarują siermiężną rzeczywistość. Czyli czapkę Mikołaja.

 

e-wydania „SPORTU” znajdziesz TUTAJ

Komentarze

Więcej w felietony